kwartalnik kulturalny
Regionalnego Instytutu Kultury w Katowicach

  W pamięci

de en

Fabryka Silesia 1(8)2015 - Tragedia Górnośląska 1945

Stefan Steller NAJDŁUŻSZA PODRÓŻ

Do tej pory nie wiadomo, co było właściwie powodem aresztowania mojego ojca… Z opowiadań znam nerwową, a dla wielu nawet przerażającą atmosferę tamtych dni. Wracam z niechęcią do tych wspomnień, ale to wprowadzenie jest istotne, aby odsłonić chociaż część prawdy która nigdy do końca nie została opowiedziana. Polska część Śląska przetrwała, była wierna, cierpiała a później zwycięzcy sprzymierzeńcy w tych pierwszych dniach rzucili ją na kolana.


Po wyzwoleniu, 27 stycznia 1945 roku Katowice znalazły się przez kilka tygodni w strefie przyfrontowej. Do najbliższej linii frontu było tylko 30 kilometrów. Front przeszedł przez Śląski Okręg Przemysłowy szybko i niespodziewanie i teraz przebiegał pod Rybnikiem, Żorami, Pszczyną, Bielskiem i Żywcem.


Ta bliskość frontu pogłębiała zamieszanie i nerwowość. Ulicami miasta przewalały się transporty wojskowe przemieszane z uchodźcami, uciekinierami, dezerterami, maruderami, byłymi partyzantami, kolaborantami i po prostu różnymi mętami. Najwięcej było żołnierzy sowieckich. Wydawało się, że główne ulice wypełnia niekontrolowana masa ludzka i że jest to żywioł nie do opanowania. Byli też Niemcy i Ukraińcy, którzy starali się ukryć swoją przeszłość, wykazując teraz przesadną nadgorliwość. Najdziwniejsze, że część z nich pracowała później w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego…


Przerażeni mieszkańcy Katowic byli dostatecznie świadomi niebezpieczeństw i bez potrzeby nie wychodzili z domu, zresztą rozsądniej było wtedy pilnować własnego dobytku. W tym czasie, gdy nie wychodziła jeszcze prasa a radio śląskie nie działało, apele i odezwy były jedynym źródłem informacji. Odezwa gen. Aleksandra Zawadzkiego wywieszona już w dwa dni po wyzwoleniu na ulicach miasta Katowic głosiła: „Oczyszczajcie Wasze miasta i wsie z wszelkich śladów panowania germańskiego”.


Odezwa, która brzmiała jak rozkaz, była na pewno przez wielu upojonych siłą zwycięstwa i niezbyt rozgarniętych żołnierzy i milicjantów obu sprzymierzonych armii – przekonanych, że już wkroczyli na tereny poniemieckie – wykonywana z przesadną gorliwością. Ten okres nie trwał wprawdzie długo, ale poczucie zagrożenia i niepewności pozostało jeszcze przez pewien czas.


Od wschodu ciągnęła już pierwsza fala szabrowników z ręcznymi wózkami. Wtedy uważano, że mienie poniemieckie jest niczyje i każdy traktował je jako łup wojenny. Najwięcej mieszkań poniemieckich znajdowało się w centrum miasta przy Rynku. Wtargnięto nawet do ratusza przy ulicy Pocztowej, wnosząc niemal wszystko, co się wynieść dało. Na podłodze walały się podeptane stosy dokumentów, papierów, pism, skoroszytów i ksiąg. Wystarczył wtedy jeden niedopałek papierosa, aby zdarzyło się nieszczęście. I tak też się stało. Po latach trudno dociec, kto był sprawcą podpalenia. Po powrocie do Katowic słyszałem, że zrobili to pijani żołnierze sowieccy. Spłonęło wtedy kilkanaście budynków w części północnej ulicy Pocztowej, mogło dojść do jeszcze większej tragedii, gdyby nie sprawna akcja ratownicza mieszkańców miasta.


Nowy ład dopiero się tworzył, a chwilowy bałagan wykorzystywali ludzie najczęściej z marginesu i spoza Śląska. W tym chaosie przystąpiono do normalizacji życia i przygotowania do odbudowy kraju. Do Katowic niemal razem z wojskiem przyjechały grupy operacyjne – partyjne i administracyjne. Kopalnie rozpoczęły pracę na drugi dzień po wkroczeniu wojsk radzieckich. Powoli następowała normalizacja życia. 6 lutego ukazał się pierwszy numer „Dziennika Zachodniego”. 7 lutego otwarto pierwsze szkoły.


W tym to czasie, na początku lutego, zjawił się u ojca major Włodzimierz Stahl, który był naczelnikiem Wojewódzkiego Urzędu Informacji i Propagandy i zaproponował ojcu pracę. W jego Urzędzie miał powstać Wydział Kultury i Sztuki.


Ojciec przyjął starego znajomego nadzwyczaj serdecznie i z szeroko otwartymi ramionami. W tym okresie witano tak wszystkich, którzy przeżyli wojnę. Razem przecież uczyli przed wojną w Śląskich Technicznych Zakładach Naukowych przy ulicy Krasińskiego.


Odżyły wspomnienia


Ojcu przypomniały się pierwsze lata powojenne, niemal tuż po ostatnim powstaniu śląskim, gdy w roku 1925 po studiach na warszawskiej ASP wrócił na Śląsk, ale nie do rodzinnego Ustronia, lecz do Katowic, ponieważ słusznie uważał, że tylko większe środowisko daje szansę stworzenia prawdziwego ośrodka kulturalnego. Od pierwszych lat pobytu na Śląsku ojciec zabiegał też o zorganizowanie Związku Artystów Plastyków Śląskich. Był jego współzałożycielem razem ze Stanisławem Ligoniem.


Pamiętam, ze wtedy prowadzono niekończące się dyskusje, dotyczące spraw organizacyjnych i wysuwano różne propozycje ożywienia życia artystycznego Śląska. Myślę, że była to wtedy prawdziwie pionierska praca. Czyżby po dwudziestu latach historia miała się powtórzyć?


Z niebywałym entuzjazmem ojciec zabrał się do pracy w nowym miejscu, ściągając do pomocy malarza Tadeusza Zamiara, a ten z kolei młodą plastyczkę Amelię Wieczorkównę. Zima wtedy była ostra, a w budynku Urzędu Wojewódzkiego instalacja c.o. niesprawna. W pokojach biurowych pojawiły się piecyki żelazne, a rury wystawiono przez okna. Jeszcze dzisiaj podobno są gdzieniegdzie ślady zakopconych murów, wspomnienia trudnych początków roku 1945. Były to prawdziwie frontowe warunki, ale wszystkich rozgrzewał zapał do pracy i wizja odbudowy kraju. Większość urzędników chodziła do pracy jeszcze w mundurze.


24 lutego ojciec zatrzymał rozkaz od Aleksandra Zawadzkiego, wojewody śląskiego, aby w ciągu trzech dni zaprojektował i wykonał pomnik wdzięczności dla Armii Radzieckiej. W tych wojennych warunkach za niewykonanie zadania groził sąd polowy. W pierwszej chwili ojciec był przerażony, ale szybko dzięki znajomym udało mu się znaleźć kamieniarza i termin został dotrzymany.


Tymczasowy obelisk z kamienia odsłonięto 27 lutego na Placu Wolności. Stał tam jeszcze siedem lat, aby ustąpić miejsca zaprojektowanemu przez Stanisława Marcinowa nowemu pomnikowi. Na początku marca, z inicjatywy gen. Zawadzkiego, który pochodził z Będzina, utworzono województwo śląsko-dąbrowskie.


Za kratami


Już 4 marca w domu naszym zjawił się żołnierz NKWD, który zaprowadził ojca do więzienia. Mamy w tym czasie nie było w domu. Wyobrażam sobie przerażenie ojca i zupełną bezradność. Jego działalność i twórczość została tak brutalnie przerwana. Inaczej wyobrażał sobie powojenną Polskę. Wierzył jednak, że to nieporozumienie szybko się wyjaśni. Przesłuchania przeprowadzano jednak krótko, chaotycznie i raczej formalnie. W tym przyfrontowym okresie na nic nie było czasu.


Podczas przesłuchania padały nazwiska nieznanych osób, ale między innymi również jego byłego ucznia, Wiśniewskiego, który zapisał sobie na ulicy adres ojca, a który wcześniej został aresztowany.
Czyżby to było powodem…?


Ale wtedy wystarczył nawet zwykły donos. W więzieniu katowickim przesiedział ojciec przylepiony niemal do szpary w oknie, patrząc w kierunku ulic Mikołowskiej i Kozielskiej. Była to dla niego jakby namiastka wolności, nie mógł patrzeć na ponure mury więzienne. Rozmyślał nad swoim beznadziejnym losem, zamartwiając się jednocześnie o moją mamę i o mnie. Ode mnie nie miał bowiem już od dłuższego czasu żadnych wieści. Matka próbowała interweniować u samego Zawadzkiego, ale okazało się, że podobno władze polskie nie miały żadnego wpływu na NKWD.


Po miesiącu, 3 kwietnia, ojciec znalazł się na dworcu katowickim, gdzie cały transport współwięźniów ładowano do wagonów bydlęcych. Przed samym wyjazdem udało się ojcu jeszcze przesłać mojej mamie krótką wiadomość.


W bydlęcym wagonie


Podróż na wschód trwała przeszło trzy tygodnie. Razem z ojcem w transporcie było prawie 180 więźniów, przeważnie mieszkańcy Katowic, wśród nich przedwojenny komendant straży pożarnej, który zorganizował sprawną akcję gaszenia pożaru przy Rynku katowickim oraz piekarz Nowak z ulicy Andrzeja. Żaden ze współtowarzyszy ojca nie orientował się za co naprawdę został aresztowany.


Mimo tragicznych warunków ojciec był zafascynowany tym, co widział z okien bydlęcego wagonu. Największe wrażenie zrobił na nim przejazd przez malownicze Góry Uralskie. Chciałbym tu jeszcze wrócić, ale już w innych warunkach – powtarzał sobie. Za Uralem monotonna syberyjska tajga, która ciągnęła się w nieskończoność.


Do celu dojechała tylko połowa więźniów, i co dziwniejsze niekoniecznie tych, którzy wyglądali krzepko i zdrowo. Ojciec po powrocie powtarzał mi wielokrotnie, że najważniejszy w tych trudnych chwilach był hart ducha i silna wola przeżycia, a nie krzepa fizyczna. Często najsilniejsi załamywali się pierwsi i pozostawali wzdłuż torów kolei transsyberyjskiej.


Uratował go talent


Transport dojechał do Zagłębia Kuźnieckiego za Nowosybirskiem. Ojciec znalazł się w obozie nr 503 w Kemerowie (do roku 1932 Szczegłowsk) nad rzeką Tom, ważnym ośrodku przemysłowym i węglowym, nie opodal łańcucha gór Kuźniecki Ałatau, z najwyższym szczytem 1871 m n.p.m. o nazwie Bolszoj Kanym. To niemal centrum Syberii. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że o ucieczce stąd nie ma mowy. Do Katowic odległość wynosiła przeszło 6000 km.


Początkowo ojciec się przeraził, że zostanie zmuszony do ciężkiej pracy fizycznej, co było równoznaczne ze śmiercią. Ale już od samego początku zdobył sobie sławę jako dobry portrecista. Został więc w obozie. Brakowało tylko ołówków i dobrego papieru. Rysował resztkami grafitów, kredkami szkolnymi i ołówkami zdobytymi dziwnymi sposobami i na papierze pakunkowym lub nawet na kartonach.


W tym obozie ojciec poznał wielu ludzi ze Śląska i Zagłębia, między innymi rzeźbiarza Serettę z Pawłowic oraz architekta, który projektował zespół kąpielowy w Wiśle, a którego nazwiska niestety nie pamiętam.


Ojciec wiedział, że tutaj życie ludzkie nie miało większej wartości, ale znosił wszystkie upokorzenia z prawdziwą pokorą franciszkańską. Najbardziej jednak dokuczało mu osamotnienie, a rozgwieżdżone, pogodne niebo syberyjskie wzmagało poczucie tęsknoty za krajem.


O wywiezieniu ojca dowiedziałem się dopiero po powrocie z Niemiec, z tzw. pracy przymusowej. Po przyjeździe do kraju nie mogłem się przez długi okres przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. Początkowo nic nie rozumiałem, bo to co mnie otaczało, było tak różne od moich przedwojennych doświadczeń.


Powrót do domu


Tymczasem ojciec cały czas czynił starania i rozpaczliwe wysiłki, aby pozwolono mu się zrehabilitować, zaproponował nawet zorganizowanie szkolnictwa artystycznego na Syberii w zamian za zwolnienie. Ale na nic się to zdało. Dopiero pod koniec października 1946 roku zaczęto zwalniać pierwszych więźniów na podstawie jakiejś amnestii.


Ojciec został zwolniony jako jeden z pierwszych. Schował swój skromny dobytek i swoje skarby i 9 listopada znalazł się w Brześciu nad Bugiem. Tam musiał przejść dokładną rewizję, zabrano mu ponad 200 rysunków, które przywiózł z obozu, a które celnikom wydawały się podejrzane. Reszta została na Syberii. Już nigdy pewnie ich nie ujrzymy…


Na drugi dzień, w niedzielę był już w Katowicach. Bał się po dwudziestu miesiącach nieobecności przyjść bezpośrednio do domu i wolał najpierw skierować się do swego przyjaciela, sędziego dr. Jerzego Badury. Uspokojony, poszedł do naszego mieszkania przy ulicy Andrzeja. Trudno opisać tę radość. Padliśmy sobie w objęcia. Słowa były niepotrzebne. Gdy ma się dużo do powiedzenia, nie można mówić.


Dla ojca skończyła się najdłuższa podróż jego życia. Pytań mieliśmy wiele, ale radość z jego powrotu przysłaniała konieczność pytań i odpowiedzi. Wszystko wobec powrotu ojca wydawało się nieistotne. Wprawdzie schudł, wyglądał mizernie, ale był zdrowy i szczęśliwy, i nawet miał twarz ogorzałą od syberyjskiego słońca. Ku naszemu zdziwieniu bardzo sobie chwalił klimat syberyjski, kontynentalny, z upalnym latem i mroźną zimą. Temperatura w zimie przekraczała często minus 40 stopni C. Wiele dolegliwości przeszło mu w tym klimacie. Pozbył się reumatyzmu i kłopotów żołądkowych, przeszły nawet skłonności do częstych przeziębień.


Chodził po mieszkaniu jak urzeczony dziwiąc się, że jest tyle pokoi i tyle niepotrzebnych rzeczy. Musimy uprościć nasze życie – mawiał. Ze wzruszeniem oglądał swoje narzędzia artystyczne, farby, pędzle, papiery, rylce i deski do drzeworytów. Wszystko zastał tak jak zostawił. Dla ojca twórczość była tym czym węgiel dla górnika. Gdy przychodzili zaciekawieni znajomi, opowiadał dużo, ale odnosiłem wrażenie, że wszystkiego nie chciał powiedzieć, był powściągliwy. Przypuszczam, że siedziało to w nim głęboko, a może nie mógł tych przeżyć wyrazić słowami?


Dla niego to zesłanie miało w sobie coś z męki Krzyża. Było w nim też chrześcijańskie przebaczenie wszystkim prześladowcom. To biedny naród – mawiał – a mnie to było potrzebne, bo dużo się nauczyłem i dużo zrozumiałem. Dodawał później: - Dlaczego jest tyle nędzy wokół nas, i to nie tylko materialnej, ale duchowej? Bo nędza duchowa rodzi nędzę materialną – odpowiadał sam sobie.


Ze zdziwieniem oglądałem jego sybiracki stój i drewnianą walizkę z której był dumny. Ubrany był w ciepłe walonki, jakąś długą kurtkę podszytą ciepłym materiałem, czapkę z futerkiem i o ile pamiętam, były i rękawiczki na dwa palce, przerobione z rękawic roboczych. Szokujące były dla mnie niektóre guziki własnej produkcji. Były to małe, podłużne kamyczki przeborowane w środku.


Wyczułem, że było w nim trochę dumy i satysfakcji, że w takiej beznadziejnej sytuacji dał sobie radę, nie wrócił w łachmanach, ale przywiózł jeszcze drewnianą walizkę pełną pamiątek.


Tak zakończyła się najdłuższa podróż mojego ojca. Obawiam się, że już nigdy nie dowiemy się, dlaczego go aresztowano i wywieziono na Syberię.

Wspomnienie Stefana Stellera, syna znanego grafika i drzeworytnika Pawła Stellera (1895 – 1974) ukazało się w 1996 roku na łamach miesięcznika „Śląsk” w Katowicach (w numerze 9). Przedrukowujemy je za zgodą Autora i redakcji miesięcznika.

« powrót