kwartalnik kulturalny
Regionalnego Instytutu Kultury w Katowicach

  W pamięci

de en

Fabryka Silesia 1(8)2015 - Tragedia Górnośląska 1945

 

 Paul Habraschka O SWOJEJ ŚMIERCI ZDECYDUJĘ SAM          
 
Gdy długa kolumna ponad 1500 mężczyzn ruszyła, zaczęła się gwałtowna śnieżyca. Szliśmy pod silną eskortą. Po obu stronach co pięć metrów strażnik z pistoletem maszynowym. Z przodu jechał czołg T-34, na końcu kolumny drugi. Ulice, którymi nas prowadzono, zostały odgrodzone, tak, abyśmy nie mogli z nikim z zewnątrz się skontaktować. Kolumna bezimiennych, ludzi zrezygnowanych, bez poczucia celu, wiła się w głuchej ciszy przez Gliwice. Marsz w mrok, w nieznane. Dopiero gdy opuściliśmy miasto, odgadliśmy, że idziemy ku Łabędom.
         
Była gołoledź. Ale ustała śnieżyca i szło się trochę łatwiej. Wielu mężczyzn osłabło i z trudem wlekli się przed siebie, ale każdy natężał ostatnie siły, byle iść dalej, bo nie ustawały okrzyki „dawaj!”. Gdy ktoś się przewracał, podnosili go sąsiedzi, aby marsz nie zatrzymywał się. Dla nikogo nie było tajemnicą, że wyzwoliciele bez przyczyny niejednego zamordowali – strzałem w tył głowy. Strach przed takim losem pędził nas wszystkich w przód. (…) 
           
Maszerowaliśmy dalej ku Pyskowicom. Kije wędrowne stukały miarowo po oblodzonej szosie, zagłuszając niemal terkot i dudnienie dwóch czołgów. […] Na dworcu towarowym [w Pyskowicach] sznur ludzi utknął nagle, poruszając się naprzód znużonymi zrywami. Czołg odjechał, za nim poszli strażnicy. Kolejarz stojący przy budce dawał nam do zrozumienia, żebyśmy uciekali, wskazując ukradkiem ręką na wschód. Zbliżył się nieco bliżej i wyszeptał: „Mogę was i kilkoro waszych kompanów, jeśli ich macie, ukryć, tak długo, aż pociąg nie odjedzie”. (…) „To za duże ryzyko - powiedział Józef - ale bardzo dziękujemy”. 
           
Wolnym krokiem kolumna ruszyła wzdłuż długiego rzędu sowieckich wagonów bydlęcych, wyraźnie niedawno naprawianych. (…) Wagon był dwudziestotonowy, pełen szpar i otworów. Nagle rozległy się głośne rozkazy i okrzyk „dawaj!” zaczął wibrować bez ustanku. Żołnierze odsunęli na bok drzwi do wagonów i zaczęli wpuszczać ludzi do środka. Nie obeszło się bez poszturchiwania i przekleństw. (…)
               
48 mężczyzn upchnięto do jednego wagonu.  Po obydwu jego stronach były prycze, wbudowane w ściany w trzech rzędach, jedne nad drugimi. Pośrodku stał mały, żelazny piec, z którego rura biegła do dachu. Wokół leżały może z dwa cetnary węgla. (…) Odcięci od świata zewnętrznego, załadowani jak bydło, a nawet gorzej, bo bydła się w takiej ilości do jednego wagonu nie upychało. Bydło miało swoją wartość, a my, ludzie, zdawaliśmy się być dla tego systemu bezwartościowi. (…) 
             
Z jednej z górnych prycz ktoś zawołał z poruszeniem: „Kobiety i mężczyźni pracują przy szynach, jedziemy tak wolno, że każdy piechur nas dopędzi. Piszę list do żony, z jej adresem i prośbą o dostarczenie”. Pomysł chwycił i dosłownie wszyscy poczęli szybko pisać. (…) Po krótkiej chwili listy furkotały już z wagonu, rozwiewane przez wiatr na polach. […] Widzieliśmy jak ludzie na zewnątrz rzucili się za tymi listami, ale Rosjanie zaczęli strzelać jak oszalali. Sądziliśmy, że w ten sposób ich odstraszono, ale gdy wróciliśmy, okazało się, że listy dotarły jednak do adresatów. (…) 
             
Pociąg zatrzymał się na dużym dworcu. Otwarto drzwi wagonów, ale nikomu nie było wolno wychodzić, tylko ci, którzy roznosili jedzenie. Zimny wiatr nawiewał do wagonów śnieg, aż trzęśliśmy się z zimna. Zbliżyłem się do wyjścia, a za mną Józef. (…) Ujrzeliśmy, jak z trzeciego wagonu za nami wyniesiono dwóch zmarłych. Dwie kobiety w grubych płaszczach futrzanych zawiązały im stryczki na szyi i zaciągnęły ich do nasypu, za którym zniknęli. Ślad po ciągniętych zwłokach już po chwili zasypany został przez sypiący wściekle śnieg. (…) Nad granicą [polsko-sowiecką] zatrzymaliśmy się ponownie, drzwi otwarto. Musieliśmy zamykać oczy, bo niebo było bezchmurne i oślepiał nas śnieg. (…)
           
Dwa wagony dalej stali dwaj polscy kolejarze, rozmawiający z mężczyznami z wagonów. Wtem nadszedł kierownik transportu, oficer, wraz z czterema żołnierzami. Dał im sygnał, na który żołnierze złapali obydwu kolejarzy i wpakowali ich do tego wagonu, gdzie wcześniej zmarło dwóch mężczyzn. Obaj urzędnicy gwałtownie protestowali, broniąc się rozpaczliwie. (…)
             
Pochód nowoczesnych niewolników zatrzymał się jak uderzony pejczem. Było już po północy, ciemności, że oko wykol. Mieliśmy uczucie, że znajdujemy się w mrocznej pustce, zawieszeni nad przepaścią – choć po kostki tkwiliśmy w błocie. Gdzieś w głębi migotało ognisko, rzucając upiorny blask na otoczenie. Przed nami stał płot z drutu kolczastego i szeroka brama z wartownią. Za nimi tonęły w mroku baraki, na których widok odetchnęliśmy z ulgą.
               
Padł rozkaz, by ustawić się piątkami i wmaszerować do obozu. Powoli wchodziły kolejne grupy, przy głośnym poganianiu przez cywilne straże. Józef i ja dziwiliśmy się, że ognisko co rusz rozpala się i wyrzuca w niebo iskry. Dopiero, gdy zbliżyliśmy się, ujrzeliśmy, że były to kije wędrowne, które kazano ciskać w ogień. Mój przyjaciel zauważył z ironią: „To żebyśmy ich tymi kijami nie zaatakowali”. (…)
             
Wreszcie dowlekliśmy się do baraku. Strażnik otwarł prymitywne drzwi z belek i wpuścił do środka trzydziestu mężczyzn, poczym pozostawił nas w ciemności. Czuć było wapnem, powietrze było wilgotne i stęchłe. Niektórzy zapalili ogarki świeczek. Znajdowaliśmy się w niskim pomieszczeniu o powierzchni około pięciu metrów kwadratowych, z piętrowymi pryczami ustawionymi przy trzech ścianach. Zaczęła się walka o najlepsze miejsca, padały przekleństwa i obelgi. Józef i ja ulokowaliśmy się na małym kawałku wolnej przestrzeni na pierwszym piętrze. (…)
               
Józef obudził się jako pierwszy. Poprzez małe, brudne okienka wpadało do środka nieco światła. Powietrze w przepełnionym pomieszczeniu było okropne. Prawie wszyscy jeszcze spali, co zdradzało chrapanie w najrozmaitszych tonacjach. Zwlekliśmy się z pryczy i wyjrzeliśmy na dwór. Już świtało i mogliśmy dobrze rozejrzeć się po otoczeniu. Nasz barak, wykonany z drewna i gliny, leżał kilka metrów od płotu z drutu kolczastego. Za drutami znajdowała się kopalnia z typowymi szpiczastymi hałdami, tworzącymi kulisy w jej tle. Wieże wyciągowe były zburzone, podobnie jak maszynownia i wszystkie inne budynki. W prawo ciągnął się rząd nędznych, parterowych domków. W żadnym oknie nie było pełnej szyby, jedynie kawałki, które prowizorycznie tam powtykano. (…) Nigdzie nie widzieliśmy czystych firanek. (…) Spoglądaliśmy w milczeniu na ten beznadziejny krajobraz, który z powodu gęstych chmur wydawał się jeszcze bardziej beznadziejny. Gdy zaczął padać deszcz, wróciliśmy do baraku. 
             
W środku rozjaśniło się i wszystko dało się dobrze obejrzeć. Ubite gliniane klepisko stało się śliskie od naniesionego wczoraj błota. Brakowało pieca, stołu, ław, a między pryczami było tak ciasno, że każdy musiał trzymać się swojego miejsca na pryczy. Wszyscy mężczyźni obudzili się. Dziwne, ale nie panował hałas. Każdy zdawał się głęboko przejęty myślą, że ten „raj robotników” stanie się dla nich piekłem. Pogrążeni w ponurych myślach, tkwili na pryczach. Na twarzach braci Minkusów malowało się wyraźne rozczarowanie, tym głębsze, że byli oni od 1919 r. przekonanymi komunistami, pokładającymi fanatyczną wiarę w system sowiecki. Wydawali się chyba bardziej ugodzeni ostatnimi przeżyciami niż my wszyscy. (…)
               
Nieludzkie warunki bytowe, ciasnota, coraz większe od deszczu i śniegu błoto wkrótce niszcząco się na nas odbiły. Ludzie byli wyczerpani, nogi ciążyły jak ołów, u wielu członki mocno nabrzmiały – zaczęła się puchlina. Mój przyjaciel nazwał tę przypadłość chorobą donbaską. Inni cierpieli już na wycieńczenie. Pojawiła się grupa ciężko chorych, których trzeba było odtransportować. Dokąd? „Niczewo!” Ślad po nich zaginął. A potem przyszła bieganina do ustronnego miejsca, które składało się z rowu z deskami z dwóch stron, na których trzeba się było ustawić, by ze zgiętymi kolanami załatwić potrzebę. Niemal wszyscy nosili już brody, skrywające wychudłe albo, przeciwnie, napuchnięte, twarze. 
 

 

« powrót
(pusty)

Numer 4(22)2018 - W pamięci

Zapraszamy do zakupu najnowszego numeru kwartalnika Fabryka Silesia 4(22)2018 - W pamięci. Pismo dostępne od 13 listopada w Empiku, Kolporterze i Ruchu oraz w sklepie internetowym www.fabrykasilesia.pl/sklep i redakcji kwartalnika przy ul. Teatralnej 4 w Katowicach.

Videoteka