kwartalnik kulturalny
Regionalnego Instytutu Kultury w Katowicach

  W pamięci

de en

Fabryka Silesia 4(14)2016 - Nowi Ślązacy

W Ślązakach jest lęk

z prof. JACKIEM WODZEM, socjologiem, rozmawia WALDEMAR SZYMCZYK
 
Kto może się uważać za nowego Ślązaka?
Najprościej byłoby powiedzieć: każdy, kto chce. Tylko aby to zaistniało społecznie jako zjawisko, konieczna jest akceptacja innych. Mówiąc obrazowo: jak ja się zacznę uważać za Eskimosa, to będzie to tylko żart, bo muszą jeszcze uznać mnie za swojego sami Eskimosi. Problemem nowych Ślązaków jest to, że ci „z korzeniami” z pewnym niedowierzaniem patrzą na tych nowych, którzy się przypisują do Śląska, ale korzeni nie mają. Ale to wynika z tego, że w tej tradycyjnej śląskości jest lęk.
Lęk?
Ci, którzy myślą etnicznie, i ci którzy wywodzą się z tej śląskości szukającej korzeni wśród dziadków czy nawet pradziadków, zawężają Ślązaków do osób, które mają biologiczne pochodzenie. Dla nich Ślązacy powinni mieć wspólne cechy kulturowe, język, wspólnotę przeżyć, np. podczas I i II wojny, absolutnie odmiennych niż u wielu ludzi w Polsce. A z tym z kolei jest związana wspólnota lęków: dotycząca traumatycznych przeżyć, konieczności ukrywania przez długie lata wielu rzeczy. Za to się płaci, to się potem odbija na doświadczeniu zbiorowym.
Ale to jest wąska grupa…
Śląskość jest „stopniowalna”, występuje w bardzo różnych postaciach. Dlatego ja bym nie szukał definicji nowych Ślązaków. To są stany pośrednie. Jeżeli się uważają za Ślązaków, to ja bym to bardzo szanował. Są takie stany zmiany społecznej, których lepiej nie definiować. Lepiej zostawić ten proces samemu sobie. Nie przeszkadzać mu, niech on się toczy. Warto zauważać tylko, że ciągle rośnie atrakcyjność przyznawania się do śląskości.
Dlaczego tak wielu młodych wsiąkło w śląskość, odwołuje się do elementów śląskiej tożsamości, choć są spoza regionu?
Kilka czynników o tym decyduje. Po pierwsze, Śląsk jest od mniej więcej 40 lat na różne sposoby atrakcyjny. Najpierw był atrakcyjny dla ludzi, którzy szukali tu pracy i mogli więcej zarobić, lepiej żyć, mieli dostęp do większej ilości dóbr, do mieszkań. W tej chwili Śląsk jest atrakcyjny, o czym się mało mówi, i Bogu dzięki, bo jak się zacznie mówić, to nam się Warszawa odezwie od razu, otóż Śląsk jest atrakcyjny, bo wytwarza ciekawą przestrzeń kulturową, społeczną. To już jest naprawdę poważny ośrodek kulturowy, edukacyjny, zwłaszcza w szkolnictwie wyższym, a to jest ważne, bo to wytwarza tych nowych Ślązaków. To jest także bardzo ważny ośrodek, jeśli chodzi o infrastrukturę, kontakty ze światem. To wszystko razem powoduje, że mamy grupę ludzi, którzy niekoniecznie pochodzą ze Śląska, ale wrośli w ten region i mogą o sobie powiedzieć, że chociaż nie mają korzeni śląskich, to dobrze się tu czują.
Na Śląsku ruchy migracyjne trwają właściwie od XIX wieku. Przyjeżdżali tu robotnicy, specjaliści, w okresie międzywojennym urzędnicy, po wojnie znowu masowo robotnicy. Niektórzy używają nawet dla tych zjawisk określenia „kolonializm”.
To jest sformułowanie o charakterze politycznym, ono było nośne jakieś 30 lat temu, dzisiaj już nie. Owszem, te ruchy migracyjne na pewno częściowo były sterowane politycznie. To jest region, który ma charakter regionu pogranicza. Z punktu widzenia dzisiejszych granic nie jest pograniczny, ale przez wieki taki był. Zawsze było więc to miejsce przepychanek: kto jest ważniejszy, kto jest mniej ważny i decydowała o tym jakaś władza. To jest naturalne i z tym się trzeba zgodzić. Problemem nie jest to, tylko brak zrozumienia skomplikowanych losów Śląska przez Polaków z zaboru rosyjskiego, a Polska jest rządzona przez mentalność zaboru rosyjskiego. I w tej wizji romantycznej Polska ma być niepodzielna, jednolita, ma być jednym wzorem kulturowym. Jeśli ktoś ma inne zdanie, to pojawia się zarzut o separatyzm. Dlatego łatwo na tym polu wywołać konflikt. Zrozumieli to Wielkopolanie, którzy postanowili się nie awanturować, tylko stopniowo budować swoją odrębność, rozwijać się, odwracając plecami do Warszawy. Zdają sobie sprawę, że w tej stolicy i tak ich nikt nie rozumie, więc po co wywoływać konflikty.
Trudno jednak nie zgodzić się z tezą, że po II wojnie światowej Ślązacy mieli problemy z dostępem do edukacji wyższej i do stanowisk w administracji kosztem przyjezdnych.
Tu trzeba uważać, bo jak się podnosi ten argument, to się wywołuje niechęć po drugiej stronie. Jeśli chce się wygrać, to trzeba zyskiwać przyjaciół dla idei odrębności Śląska, a nie dawać argumenty, że nas trzeba tylko bić. Należy pamiętać, że wciąż dominują w Polsce ludzie, którzy są germanofobami, którzy ciągle pamiętają, ile krzywd doznaliśmy od Niemców. Mądrość polityczna polega na tym, żeby mając nawet pewne argumenty, nie używać ich, próbując wygrać coś innego. Są takie rzeczy, które trzeba zachować w zasobie pamięci, nie zawsze z nich korzystać. Nie wszystko, co jest prawdą, jest warte głoszenia.
Na ile Górny Śląsk zmienił się pod wpływem tych nowych Ślązaków, którzy przyjechali tu w ostatnich latach?
Bardzo, bo ci nowi ludzie zasilili instytucje, które są szansą na zbudowanie nowego wizerunku Śląska. Bo to przecież nie górnicy budują obraz nowoczesnego Śląska. Uważam, że powinno się z otwartymi rękoma przyjmować te wszystkie zasoby kulturowe, tych ludzi, którzy chcą się przyznać do Śląska. Oni zmieniają kulturowo ten region i dzięki nim kończymy z wizją Śląska postrzeganego z punktu widzenia hasioka. Śląsk ma być widziany z punktu widzenia NOSPR-u, a nie hasioka. Chciałbym dożyć czasów, kiedy także inteligencja będzie na co dzień mówiła po śląsku. Od 10 lat mam mieszkanie w Ustroniu, więc często tam bywam, i obserwuję, że tam inteligencja powszechnie używa gwary. Tymczasem, jak ja tu przyjechałem w 1978 roku, wielu ludzi wstydziło się gwary. Widać było nawet taką hiperpoprawność językową. Dla mnie, człowieka z Galicji, było to dziwne, a nawet śmieszne.
Dlaczego młodzi, związani z muzyką, literaturą, architekturą, dizajnem, tak bardzo czerpią ze śląskiej tożsamości?
Bo to ich wyróżnia, to jest wartość. W tej chwili chcą się wyróżnić, a stanie się to dla nich atrakcyjne, kiedy odniosą sukces. Zainteresowanie śląskością jest bardzo wartościowe, nawet jeśli się trudno przebija na rynku kultury.
Czy to odrodzenie śląskości w latach 90. zaskoczyło Pana?
Ten ruch był dla mnie cenny, bo wreszcie wymuszono na Warszawie konieczność dostrzegania zróżnicowania kulturowego Polski. Politycznie było już gorzej. Klęska Związku Górnośląskiego polega na tym, że nie doprowadził do tego, aby przejść od płaszczyzny tożsamości kulturowej do definiowania rewindykacji politycznych, ale tych wspólnych. Z kolei Ruch Autonomii Śląska poszedł tylko w definiowanie polityczne. A ponieważ nie ma zgody między Ślązakami co do istoty polityczności Śląska, to RAŚ skazuje się na to, że będzie bity z Warszawy, a tu zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że jest jeszcze większym Ślązakiem.     Wiele osób boi się, że kultura śląska bez wsparcia państwa w dziedzinie edukacji regionalnej i bez wsparcia śląskiej godki za kilka pokoleń wyginie.
Jest dobre wyjście dla tych całkiem realnych gróźb. Po pierwsze, nie należy pojmować ruchów społecznych jako ruchów, które tkwią tylko w jednym modelu. One zawsze w trakcie zmiany się dynamizują. To nie jest nic nadzwyczajnego, trzeba przyjmować to jako rzecz normalną. Po drugie, i mówię to już od lat 90., nadzieją dla regionalizmów takich jak śląski jest prospektywne widzenie definicji regionu. Nie oparte na przeszłości, tylko na wspólnocie i wizji celów przyszłościowych. I wtedy się przestaniemy pytać, czy ktoś jest, czy nie jest Ślązakiem, czy jego babcia była, czy nie była Ślązaczką. Musimy zbudować  wspólnotę ludzi, którzy stwierdzą, że chcą w perspektywie 10-20 lat zrobić ze Śląska perełkę. Wtedy będziemy pracować razem i te spory troszeczkę siądą. Być może ci, którzy widzą tę śląskość patrząc tylko za siebie, nie będą zadowoleni, ale zawsze tak jest. Pewne rzeczy zanikają pomaleńku.
 
Jacek Wódz
– profesor, socjolog, pracuje na Uniwersytecie Śląskim 

 

« powrót