kwartalnik kulturalny
Regionalnego Instytutu Kultury w Katowicach

  W pamięci

de en

Fabryka Silesia 3(13)2016 - Na granicy

Zbigniew Kadłubek

Bóstwo granicy

Obok granicy ziemia i niebo, życie i śmierć – dzień i noc to jedna z najważniejszych granic. Opowiadali chasydzi, że jeden rabin tak nauczał o tej granicy: „Noc kończy się wtedy i zaczyna dzień, gdy jest już tyle światła, że w obcych twarzach rozpoznaję swoje siostry i swoich braci”. Nocą jest ciemno, w dzień jasno. Ale to my decydujemy, kiedy zaczyna się dzień, by zobaczyć dookoła siebie swoich. I tak jest z każdą granicą. Przekraczanie granicy i ograniczeń jest pewną funkcją etyczną, moralnym wyborem. Granicę przekracza się zawsze w stronę człowieka.
Granice istnieją, ponieważ człowiek miota się od wieków pomiędzy mierzeniem i marzeniem o bezgraniczności. Każda granica ma swój początek w odmierzaniu. Miara ścieśnia świat, ogranicza go, ale pomaga ludziom umownie traktować przestrzeń i czas.
Gdy astrofizycy mówią nam, że średnica wszechświata mierzy kilkadziesiąt miliardów lat świetlnych, opowiadają o policzonej bezgraniczności – językiem pomiarowym – rzeczy te same, które znamy z Biblii albo z wierszy poetów.
•••
Gdy mówimy o granicy, mówimy o życiu człowieka w świecie. A dokładnie – o miejscu ludzkiego życia. Dlatego temat granicy należy do problemów, które są istotne dla filozofów, antropologów, teoretyków poznania, biologów, geografów. Filozof Marek Szulakiewicz pisze, że „granice należą do jednych z podstawowych naszych doświadczeń. Żyjemy wśród nich i sami ustanawiamy je dla siebie i często dla innych. Już określenie tożsamości jest związane z wyznaczeniem granicy między tym, co jest mną, a tym, co takie nie jest. Granice rozdzielają nie tylko obszary (terytoria), ale rozdzielają też ludzi. Ograniczeni przez swą skończoność, lecz jednocześnie zdolni do przekraczania granic, właściwie żyjemy stale »na granicy«, w świecie »między«”. „Wszystko, co człowiek robi na arenie – pisze Ernest Hemingway w swoim wielkim eseju o korridzie – nazywane jest suerte”. Życie – jako sytuacja graniczna Karla Jaspersa – czyli jedyna prawdziwa forma autentyczności egzystencjalnej – to napięcie i czujność toreadora, gdy oddziela go od byka cienka granica różowej płachty, którą w Hiszpanii nazywają capa. Jest to cienka granica, gdy obaj – byk i człowiek w równym rytmie serc (tu nie ma granicy) – obcy i bliscy zarazem, stąpają po linii śmierci. Cała korrida to fascynacja granicą, nie tylko tą granicą życia i śmierci, lecz w ogóle fenomenem graniczności – także tej ludzko-zwierzęcej.
•••
Dla Egipcjan wszystko, co leżało poza wytyczoną ziemią nad Nilem, było nierzeczywiste. Poza Nilem świat był dla Egipcjan nierealny. Siła kultury egipskiej, jej trwałość i ciągłość miała korzenie w tym nilowym izolacjonizmie. Odrębność nie gwarantuje jednak przezwyciężenia ograniczeń. To, co ludzkie, zawsze pożąda exodusu z ograniczeń. Tęskni człowiek za horyzontem bezgranicznym. Choruje na transcendencję, przekraczanie najbardziej odległych miejsc i nie-miejsc. Anaksymander z Miletu, filozof przyrody, głosił naukę o apeironie, czyli prapoczątku świata, który miał charakter holistycznej bezgraniczności. Źródłem rzeczywistości według niego było zatem coś, co przeczyło wszelkiej granicy. Za każdym razem, kiedy ludzie odwracają się od granic i emigrują do bezkresu, cofają się – rzec można by – do bezkresu, a zatem czegoś, co kreuje rzeczywistość. Wartownik granicy – nie jest osobą twórczą, nie współtworzy świata, skupia się na uszczelnianiu granicy. Wartownik to człowiek ograniczony.
Tadeusz Sławek pisze, że „uchodzić to przemieszczać się w stronę granicy”. Uchodzenie odbywa się na trajektorii: granica – granica. Uchodzić nie oznacza zdobywania wolności oraz podchodzenia pod horyzont bezkresny. Uchodzić to przecież odbijać się od granicy do granicy. Huśtać się między szlabanami. Granica nie stanowi tu momentu postawienia pytania, nie poszukuje podstawy życia. Zresztą nie ma na to czasu, bo uchodzi się w pośpiechu – i często w lęku, wkraczając w coraz bardziej nieznane miejsce i już otoczone następną granicą. Niedziałanie oraz aktywność, nie(u)chodzenie, żadne poruszanie się, lecz myślenie przebija balon każdej granicy. Posłuchajmy jeszcze Hannah Arendt, która to potwierdza: „Myślenie – jako proces – rozkłada granice, niszczy je”.
•••
„Granica” to piękne polskie słowo – od niego pochodzi niemiecka „Grenze” czy holenderska „grens” (podobnie w językach skandynawskich). Słowo polskie „granica” zrobiło zawrotną europejską karierę, „ponieważ w średniowieczu tak dokładnie jak w Polsce znakowanie miedz nie było praktykowane nigdzie indziej” – pisze Andrzej Bańkowski.
Oznakowana miedza poszła w świat. Słowo „granica” bardzo blisko etymologicznie spokrewnione jest z granią, która jest krawędzią i miejscem stykania się płaszczyzn. I grań, i granica to węgły – znak posiadania, linia podziału, sygnał zarazem dla obcego: tu się zaczyna moje! Dzięki polskim romantykom jednak dzisiaj grań ma trochę inne znaczenie: ostry grzbiet górski. Skoro granica jest krawędzią, ostrym kamieniem, to im więcej granic, tym więcej istnieje możliwości skaleczenia się. Nie wspomnę już o śmiertelnych wypadkach.
Lecz warto, podsumowując powyższe, skonkludować, że właśnie agrarny charakter granicy byłby znaczący. Im bardziej kultura ma chłopski charakter, tym bardziej zaangażowana jest w granicę, pała graniczną namiętnością. Widać to u Rzymian. Boginią rolnictwa była Ceres, pani urodzaju, córa boga bogactwa, nazywanego przez Latynów Ops. Zwracam tutaj uwagę na sanskrycki rdzeń imienia Cerery: „kŗş”, który oznacza przyciąganie, branie w posiadanie. Stąd także bóg Kriszna, Istota Najwyższa, w której stronę ciągnie każde istnienie. Granica ma takie same źródła słowne jak kryzys, krojenie, krakanie.
Granicę można poddać cudownemu mechanizmowi apoteozy – da się granicę ubóstwić, zrobić z niej bożka. Uczynili tak Rzymianie. U nich bóstwem granicy był Terminus – strzegący granic posiadłości prywatnych oraz granic państwa. Świętowali Rzymianie jego władzę podczas Terminaliów. Sąsiedzi zasiadali do wspólnej uczty, wystroiwszy kwiatami obejścia, skropiwszy węgły krwią świń albo owiec. Był to chyba sympatyczny rytuał. Ale później potomkom Rzymian, nam, Europejczykom, skrapianie kamieni granicznych krwią tak się spodobało, że dokonywaliśmy hekatomb z ludzi…
•••
Granice się ekshumuje, granice się wyobraża, nosi w głowie jak przekleństwo. Urojone zresztą granice stanowią część historii każdej krainy – w słowie „kraina” już słychać granicę. Są krainy całe w paski jak zebry – znamy taką jedną szczególnie – krainy całe w pasiaku granic. Ale w pewnym momencie – po dwóch wojnach, w których miliony ludzi oddały życie za wytyczenia graniczne – zaczęto naukowo na niwie humanistyki unieważniać granice, osłabiać ich siłę. Zaczęto się posługiwać terminem „pogranicze”, które jest jakimś terytorium przygranicznym, międzygranicznym, transgranicznym. Natomiast granica, nie okłamujmy się, nie idealizujmy pogranicza, nawet na pograniczu pozostaje: kulturowa, administracyjna, religijna, językowa.
Pogranicze musi mieć jeszcze jedną istotną cechę – musi mało znaczyć, być peryferialne, oddalone od świetlistego centrum. Musi być pogardzane. Często pograniczne obszary stawały się spójnymi regionami. A regionalizm wykłada się w Unii Europejskiej ideowo jako swoistą maść na rozstępy starej Europy. Pograniczność ciekawie wypatruje drugiej strony, patrzy ponad granicą, sięga wzrokiem „zagranicznego”. Nigdy pograniczność nie przeobraża się w rdzenność, albowiem zdaje sobie sprawę, że jest jedynie cienkim szwem. Kate Brown w książce o tzw. polskich Kresach powiada: „Zniszczenie pograniczności ma swe korzenie w uszczelnieniu granic, a także dramatycznej rekonceptualizacji przestrzeni, a w konsekwencji również życia, za pomocą narodowościowych taksonomii, które przekształciły obszary nieprzewidywalności kulturowej w rozsądnie uporządkowane przestrzenie narodowe”. Twarde zintegrowanie pogranicza, które jakby zwisa w dół i ciąży w inną stronę, z centrum odbywa się za każdym razem na drodze mniejszej lub większej przemocy.
•••
Prawdopodobnie w dawnych czasach najmniej ze wszystkich ludzi tęsknili za granicą Żydzi. Mówił o tym Amos Oz w swym budapeszteńskim przemówieniu z października 1985 roku: „W języku hebrajskim nie ma słowa »integralność«: może my, Żydzi, jesteśmy pozbawieni tej »rzymskiej« cechy. W moim słowniku pośród innych synonimów integralności znalazłem takie określenia, jak: »całkowitość«, »niepodzielność«, »być niewzruszonym«, »w jednym kawałku«. Prawdopodobnie my, Żydzi, jesteśmy stworzeni z kilku kawałków, nie z jednego”. Zintegrowane to takie, które nie angażuje się we wbijanie słupów granicznych.
Granice rodzą konflikty i wykluczenia. Czasem przyczyniają się do całkowitego wyobcowania. Bywa, że także do eksterminacji (czyli wyrzucenia poza granice, chociaż to eufemizm). Jednak granice terminują u państw i coraz poważniej traktują tę sprawę. Demontaż granic politycznych, narodowych, a także wielu innych – przedwcześnie zapowiedziano. Hejnał odtrąbiono przed terminem. Samooświecenie człowieka, społeczeństw, kultur – to sprawa całkowicie „zagraniczna”. Żeby granice znikły i zanikły, człowiek musiałby być bardziej ludzki – albo raczej bardziej zwierzęcy. Mówię o tym, bo w to wierzę, ale jak tu żyć bez progu, okien, drzwi i ścian? Jak tu nie mieć domu? Na szczęście w samą granicę wpisany jest jej kres.
Zbigniew Kadłubek
– eseista, tłumacz, komparatysta, profesor Uniwersytetu Śląskiego
 
 
W szczerym polu

Henryk Waniek

To rzecz bardzo stara, z głębokiej prehistorii, a już na pewno epoki, gdy praczłowiek przestał uganiać się za zwierzętami. Stał się istotą osiadłą. Jedni przekroczyli ten próg dojrzałości wcześniej, inni później. A jeszcze inni do dzisiaj przekraczają, narażając tych pierwszych na życie w granicach niepewnych i zmiennych.

1.

O granicach Śląska nie ma jeszcze niczego u Geografa Bawarskiego, który w połowie IX wieku przemilczał Polan, Lechitów czy Lachów, wówczas jeszcze pogańskich. Drobiazgowo wyliczył natomiast śląskie plemiona oraz ilość ich grodów. Na przykład: ...Isti sunt, qui iuxta istorum fines resident... Sleenzane civitates XV... Dadosesani civitates XX... Opolini civitates XX... I tak dalej.

Ślężanie posiadali 15 osad, podczas gdy Opolanie aż 20. W tamtym czasie ważne były nie tyle granice, ile centralne punkty krajów. Kraików raczej, skupionych wokół grodów i pomiędzy nimi. Czym one były? Wyobraźnia podsuwa nam krajobraz miejski, ale jej nie ufajmy. Archeologia, jeśli trafiła na ślady tych osad, pokazuje nam ziemne wały i skromną zabudowę – zapewne siedzibę władyki i jego zabijaków. W potrzebie służyły pewnie za schronienie dla okolicznej ludności. Może miały też cel sakralny? Handlowy?

2.

Na Śląsku pierwsze zarysy granic zewnętrznych i wewnętrznych dostrzegamy dopiero w czasie – a trudno go precyzyjnie określić – gdy mowa o istnieniu Przesieki, czyli leśnego pasa obronnego, gdzieś od Głubczyc wzdłuż Nysy Kłodzkiej w kierunku Strzelec, oraz o ziemnych umocnieniach nazywanych Wałami Śląskimi (czasem Wałami Chrobrego), które mogły mieć znaczenie strategiczne. Ale czy miały? Wszystko to pomiędzy X a XIII wiekiem.

3.

Solidniejsze ramy przestrzeni Śląska zaczęły się kształtować we wczesnym średniowieczu, gdy ten kraj, oderwany od władztwa czeskiego, stawał się częścią polskiej monarchii. Dziedziczność obszarów świeckich i umacniające się latyfundia klasztorne wymagały starannych granic. Wszelako i one były dość płynne, bo w miarę upływu czasu Śląsk rozdrabniał się. Rosła niepowstrzymanie ilość jego księstw świeckich i kościelnych, by w okresie kulminacyjnym osiągnąć liczbę 37. Towarzyszyły temu nieustające spory. Ale w okresie poprzedzającym wybuch wojny trzydziestoletniej (1618) Śląsk, który już dawno powrócił do macierzy, czyli do korony czeskiej, był terytorium stosunkowo zintegrowanym, co Martin Helwig dosadnie przedstawia na swej pierwszej mapie Śląska (1561).

4.

Późniejsze stulecia trzymały się zasadniczo tej tradycyjnej przestrzeni, aż do podboju Śląska przez Fryderyka Wielkiego (1742), co wniosło uproszczoną, iście pruską strukturę terytorialną. W prawie niezmienionej postaci przetrwała ona do końca pierwszej wojny światowej, której ostatnimi akordami były powstania śląskie. Wtedy część Górnego Śląska została odłączona od reszty kraju i był to pierwszy akt podziału, który naruszył ów tradycyjny porządek. Nowe granice.

5.

Następną rewolucję przyniosła administracja hitlerowska po roku 1940. Terytorium Śląska powiększyło się o Zagłębie Dąbrowskie, Chrzanów, ziemię żywiecką. Ta innowacja spotka się z uznaniem późniejszej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

6.

Polityczny targ, jaki dokonał się w Jałcie, przypieczętowany po drugiej wojnie światowej w Poczdamie, był wielkim demontażem świata. Przede wszystkim Europy Środkowej. Teoretycznie, jako zasłużony odwet na winnych wojennego obłędu, miał osłabiać pokonaną III Rzeszę. W praktyce jednak – podobnie jak w roku 1918, przy okazji traktatu wersalskiego – był to początek łańcucha, który telepie się jeszcze do dzisiaj. Polityka nie trudziła się spojrzeniem w głąb czasu i poszła na ślepe skróty. Przekonani, że świetnie znają polską historię i ziemię – bo znali ją z map niemieckich, rosyjskich, austriackich oraz podręcznikowych wyrywków – sowieccy, amerykańscy i angielscy dygnitarze wyczarowali nowy porządek przestrzenny. W każdym razie Stalin zacierał ręce. Istny cud, że się to nie skończyło trzecią wojną, o której słyszałem od dzieciństwa. W dużym stopniu te graniczne nowinki dotyczyły Śląska.

7.

Byłem mały i patrząc przez rozwierające się szpary dzieciństwa, coś zaczynałem pojmować. Nasłuchiwałem. Rozpoznawałem niepojęty świat dorosłych. Niewiele lat wcześniej, kilka kilometrów na wschód od Oświęcimia, przebiegała granica Generalnej Guberni. Nieco na północny wschód jeszcze dawniejsza granica cesarstw: niemieckiego, austriackiego, rosyjskiego. Z kolei na zachód od Katowic granica oddzielająca II Rzeczpospolitą od III Rzeszy. Zaledwie kilka lub kilkadziesiąt lat wcześniej wszystkie te granice, odgradzające terytoria święte od wyklętych, własne od cudzych, pewne od wątpliwych, przestały istnieć. Pamiętający potrafili jeszcze wskazać miejsca ich przebiegów. Ale były to tylko ślady przywoływane mocą wspomnień. Dla tych, którzy pamiętali mniej lub w ogóle nie byli obeznani z naturą tej nowej przestrzeni, liczyły się własne rany, blizny i doznane krzywdy. Wiedzieli tylko, że trzeba jakoś żyć na tej powojennej ruinie, zanim zarysuje się nowy świat.

8.

Technicznie rzecz biorąc, cały ten proces należy uznać za powojenny podział łupów. Ale w doświadczeniu jednostki była to deprywacja; pozbawienie prawa do miejsca i tożsamości. Co jednak ma począć jednostka, gdy zwycięzcy wytrząsają świat z jego naturalnych ram, łapiąc zdezintegrowane resztki w inne, prowizoryczne konstrukcje. Towarzyszyło temu żonglowanie symbolami nazewniczymi lub państwowymi, oraz kłamstwem w żywe oczy. Jeszcze dziś niektórzy mają je za prawdę.

W miarę dorastania stawało się dla mnie jasnym, że ta przestrzeń powinna nazywać się Śląskiem, choć częściej słyszało się określenie administracyjne – województwo katowickie. Rzadziej i słabiej tradycyjna nazwa Górny Śląsk, zwykle przekształcana w GOP – Górnośląski Okręg Przemysłowy. Tożsamość regionu ginęła w gąszczu onomastycznych uników, takich jak na przykład Zagłębie Śląsko-Dąbrowskie, przy czym Zagłębie określano jako czerwone, podczas gdy Śląsk honorowano czernią. Był też Śląsk zielony, ziemia opolska, czy inne nazewnicze subtelności, których sens pozostawał dla dziecka zagadką.

9.

Jednym słowem, dorastałem w przestrzeni zrewoltowanej także pod względem nazw. Co oznaczało i czemu służyło to jej rozdrobnienie, trudno zrozumieć. Najpewniejszy był tylko mój adres zamieszkania w śródmieściu Katowic, za dnia przeludnionych, a wieczorem opustoszałych. Tu przebiegało następne graniczne pęknięcie. Przez siedem lat szkoły podstawowej przemierzałem odległość między dwoma

Rozpoznawałem niepojęty świat dorosłych. Niewiele lat wcześniej, kilka kilometrów na wschód od Oświęcimia, przebiegała granica Generalnej Guberni. Nieco na północny wschód jeszcze dawniejsza granica cesarstw: niemieckiego, austriackiego, rosyjskiego.

punktami miasta. W jednym świecie miałem dwa, oddzielone czymś niewidzialnym. Jeden śródmiejski, nazwijmy go polskim. Drugi – przedmiejski (Załęże), zdecydowanie autochtoniczny. Dzieliła je jak najbardziej wyczuwalna granica poziomów życia.

Samo słowo – granica – miało demoniczny urok. W latach 40., 50. i później, nawet zbliżając się do niej, ryzykowało się życiem. Słynna „Strefa Nadgraniczna”… Jeszcze tu i ówdzie można zobaczyć te czerwone tablice. Jakiekolwiek wyjazdy, podróże, czy – nie daj Boże – krewni za granicą, wszystko wykluczone.

10.

Rzeczy, o których mówiło się: „zagraniczne”, istniały na prawach relikwii. Podobnie jak „przedwojenne”. Tajemnicze pozostało to, że jadąc tramwajem z Katowic do Zabrza, w okolicach Rudy Śląskiej mogłem się dowiedzieć od dziadka, że tu właśnie przebiegała granica Polski i Niemiec. Albo że w okolicach Mysłowic spotykały się granice trzech cesarstw – austriackiego, niemieckiego i rosyjskiego. Cała rzeczywistość wypełniała się granicami już przebrzmiałymi, obok realnych i groźnych.

Podobnie (choć jednak inaczej) niż w Katowicach, w centrum Bytomia, już niebędącego miastem zagranicznym, tętnił gwar językowy dawnych Kresów Wschodnich. Je także wciśnięto w ramę śląskiej domeny. W obcym sobie świecie usiłowali być u siebie. Można tu dodać jeszcze granice społeczne (wówczas mówiono – klasowe), rozwarstwiające ludność Śląska na miejscowych wyrobników i mundurowych

(ale także cywilnych) nadludzi przybyłych z Kielc czy Radomia. Następnie granice kulturowe, poróżniające jednych z drugimi. Granice narodowościowe, bo jednak na Śląsku czuło się obecność szczątkowej niemieckości. Granice wyznaniowe. I tak dalej. Ta gęstość sytuacji granicznych przemieniała życie potoczne w istną klatkę.

11.

Mając już za sobą doświadczenia lat szkolnych i późniejszych, coraz trudniej było mi pogodzić się z tym, że jestem skazany na miejsce tak sprzeczne i wewnętrznie rozdrobnione. Dziś powiedziałbym – ciekawe. Ale wtedy? W tamtym czasie Śląsk nie tyle oznaczał jakiś obszar ziemski, ile raczej klimat abstrakcji, obrotową scenę mrocznego spektaklu, a nad nią snujące się dymy i powiewy politycznych atmosfer. Wszystko śmierdziało farbą drukarską „Trybuny Robotniczej”. Śląsk był ciasny i zepchnięty do kąta. Nie miał nic do gadania. Był przeliczony na miliony ton węgla i stali, ładowany na wagony jadące na wschód lub północ. Niełatwo było się poruszać w tej sfałszowanej przestrzeni.

12.

Fałszowanej permanentnie podczas wielokrotnych „reform administracyjnych”, mogących świadczyć, że państwo nie radzi sobie z problemem terytorium. Wymazuje stare i kreśli nowe granice. Jestem przekonany, że cała seria tych zdarzeń, rozciągniętych na lata, nie mogłaby się dokonać w żadnym innym miejscu ani innych okolicznościach. Aby wyłonił się Śląsk rozumiany już integralnie, sam musiałem poznaczyć go podziałami i granicami. Wtedy jego krajobraz objawił mi się jako „pismo”. Być może coś podobnego można zobaczyć gdzie indziej, ale chyba nigdzie aż tak wyraziście.

13.

A co jest mianowicie treścią owego „pisma”? Ślady ludzkiej pracy, trudu, mądrości, miłości. Czasem również – niestety – barbarzyństwa, zła i cierpienia. Z wymienionych tu i innych powodów dość późno zobaczyłem to pismo krajobrazu, w którym istniały wyłącznie granice naturalne. Na to osobiste postrzeganie Śląska z czasem nałożył się film o większej wyrazistości poznawczej. W wieku już dojrzałym musiałem nadrabiać edukacyjne zaniedbania w zakresie dziejów, geografii, obyczaju i legendy regionu. Zaniedbania nie z mojej winy. Nauczanie historii zbywało Śląsk ogólnikową półprawdą. Uczono tego mniej więcej tak samo jak tabliczki mnożenia. Wbijano w młode głowy gazetowe slogany, w rytm których kształt Śląska był jak plastelina. Śląsk już nie był rozdarty między Polską a Niemcami, pomijając Śląsk Czeski. Odzyskał integralność w ramach granic historycznych, podobnie jak to było w pruskim królestwie. Ale 98 proc. ludności do końca roku 1946 zostało stąd usuniętych. W zachodniej części Górnego Śląska w 1950 roku uchowało się zaledwie 57 proc. „tutejszej” ludności. Przemieniał się ludnościowy obraz Śląska, więc musiało się to odbić w krajobrazie. 14

14.

Ale tego nie obejmował przedmiot nauczania w żadnej szkole. Jeszcze mniej miejsca zajmowała etnologia i legenda, zagarnięte wówczas w całości dla potrzeb politycznej inscenizacji. Przywołuję tu Katowice (niebawem przemianowane na Stalinogród), żeby przybliżyć pstrą egzotykę tego rejonu Polski. Od czasu ustanowienia tu praw miejskich w 1865 roku granice miasta zmieniały się siedmiokrotnie. Od roku 1926 zmieniano je co dziesięć lat.

15.

Było tych śląskich egzotyk wiele; nie tylko pomnożonych przez trzy: Górny, Opolski i Dolny Śląsk.

Bo każdy dzielił się w nieskończoność różnic etniczno-polityczno-historycznych. Narodowości, jakie się tam zbiegły, to oczywiście Polacy w całej gamie kolorytów. Trochę Niemców. Rosjanie, a jakże. Sporo Żydów. Serbowie z Jugosławii. Grecy. Hiszpanie. Ukraińcy. Nieco krwi czeskiej, morawskiej i łużyckiej. Do tego ludność rodzima, której obywatelstwo – raz takie, raz inne – nie miało łatwego życia. Dla oczu sześcio- lub siedmiolatka nie było to zbyt wyraźne, choć wyczuwalne jak najbardziej. Gdziekolwiek się skierowały: wszędzie granice i linie podziałów.

16.

W latach, gdy już – z większym lub mniejszym powodzeniem – usiłowałem postrzegać otaczającą mnie rzeczywistość, abstrahując od jej defektów i granicznych rozdarć, mogło mi się wydawać, że obfitość podziałów terytorium Śląska to przecież znak bogactwa jego dziejów. Może nawet nadmiar bogactwa, którego opisanie złożyłoby się na księgę monstrualnej grubości. A tymczasem muszę już kończyć.

17.

Na zakończenie wybieram śląski słup graniczny, ustawiony prawdopodobnie w latach 80. XIII wieku, stojący w szczerym polu pomiędzy wsiami Starczówek i Lipniki, w dzisiejszym województwie opolskim (vide: zdjęcie na stronie 9.). Słup kamienny o wysokości ok. 2,5 metra wyznaczał północno-zachodni kraniec kasztelanii nysko-otmuchowskiej, należącej do biskupa wrocławskiego. Są na nim wykute litery TMI SCI IOHIS, co wraz z ligaturami ma oznaczać: Termini Sancti Iohannis, jako że patronem katedry wrocławskiej był święty Jan.

18.

Można powiedzieć, że jest to piękna rzeźba i dlatego, przynajmniej w tym konkretnym przypadku, można mówić o pięknie granicy. Tym bardziej że dziś niemającej realnego znaczenia. Przed laty, w stosunkowo pogodny dzień kwietniowy, odbyłem pielgrzymkę ku temu znakowi z przeszłości. Ogrodzony parkanem, wsparty tablicą wyjaśniającą sens tego zabytku, wydaje się mówić, że na Śląsku granicę można spotkać nawet w szczerym polu.

Henryk Waniek

– pisarz, eseista, malarz, grafik

 
 
 
 
« powrót
(pusty)

Numer 4(22)2018 - W pamięci

Zapraszamy do zakupu najnowszego numeru kwartalnika Fabryka Silesia 4(22)2018 - W pamięci. Pismo dostępne od 13 listopada w Empiku, Kolporterze i Ruchu oraz w sklepie internetowym www.fabrykasilesia.pl/sklep i redakcji kwartalnika przy ul. Teatralnej 4 w Katowicach.

Videoteka