kwartalnik kulturalny
Regionalnego Instytutu Kultury w Katowicach

  W pamięci

de en

Fabryka Silesia 2(12)2016 - Powstania

Zepchnięci na drugi plan

Z historykiem prof. KRZYSZTOFEM RUCHNIEWICZEM rozmawia KRZYSZTOF KARWAT
 
Czy odpowiada Panu formuła „wojna domowa” – ostatnio dość często stosowana w odniesieniu do wydarzeń lat 1919-1921 na Górnym Śląsku?
- Takie formuły oddają nie tyle charakter historycznych wydarzeń, co obecne ich postrzeganie. Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie, czym ten okres był. Przez długie lata spoglądano na powstania śląskie wyłącznie przez pryzmat konfliktu polsko-niemieckiego, z pominięciem stosunku ludności rodzimej do tamtych wydarzeń. Dopiero w ostatnich latach pojawiają się postulaty, także w literaturze naukowej, by szerzej uwzględniać postawy ludzi, którzy wówczas na Górnym Śląsku żyli. Istotne jest także, jak sami Ślązacy wtedy i dzisiaj definiują ciąg wydarzeń, jakie miały miejsce po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Warto pamiętać, że podziały rzeczywiście niejednokrotnie przechodziły przez rodziny, najbliższych sąsiadów. One się wyostrzyły w momencie, gdy trzeba było w plebiscycie opowiedzieć się po jednej bądź drugiej stronie.
Terminologia pozostanie nieprecyzyjna, bo „wojna domowa” raczej nie oznacza walki o oderwanie kawałka terytorium jednego państwa i przyłączenie go do drugiego, a w roku 1921 o to przecież chodziło. Skoro tak – twierdzą niektórzy – to również pojęcie „powstania” może budzić wątpliwości, bo okoliczności polityczne i prawne były inne niż w przypadku zrywów niepodległościowych Polaków w roku 1830 czy 1863. Spór o słowa – moim zdaniem – nie jest jednak akademicki.
- Historyk może tylko poddać pod rozwagę słownikowe definicje, ale i tak w obiegu pozostaną pojęcia, które utrwaliły się w pamięci, zaś ona bywa zmienna, wszak już prawie sto lat minęło od tamtych wydarzeń. To był okres złożony, okoliczności historyczne specyficzne, jedyne w swoim rodzaju. Ważyły się losy granic, alianci nie podjęli wtedy jeszcze decyzji. Nie może więc dziwić, że obie strony dążyły do tego, by rozstrzygnięcia były dla nich jak najbardziej korzystne. I narosły konflikty narodowościowe. Stąd trudność w opisaniu tamtego czasu. Trzeba unikać szablonów.
Kontrowersje budzi sformułowanie: „powstania polskie na Śląsku”, bo kryje się w nim próba zdewaluowania motywacji tych, którzy chwycili za broń. Przy okazji podważa się fakty: nie ma wątpliwości, że po stronie powstańczej znalazło się 80-90 procent „tutejszych”. I nie było też tak, że wszystkie stanowiska dowódcze czy oficerskie objęli „przybysze”.
- Rozmawiamy we Wrocławiu… W ostatnich dwóch-trzech dziesięcioleciach interesowała nas tutaj tylko historia Dolnego Śląska. Powstania traktowane były wyłącznie jako element historii Polski, gdzieś z „obrzeża”. Gdybyśmy dzisiaj zapytali mieszkańców Wrocławia, z czym i jak kojarzą powstania, to zapewne mieliby z tym problem i nie łączyliby tamtych wydarzeń z dziejami całego Śląska. To efekt oddziaływania edukacji szkolnej starego typu, która rezygnuje z niuansowania różnych zdarzeń historycznych. Zwłaszcza ludzie młodzi nie potrafią kojarzyć faktów z tylko pozornie odległych obszarów, nie umieją ich łączyć ze sobą. Jednocześnie dyskusja tożsamościowa, jaka przetoczyła się w ostatnich latach przez Dolny Śląsk, mająca na celu wyznaczenie pól tradycji, do których chcielibyśmy nawiązywać, pokazała, jak bardzo złożone są to kwestie. Na Górnym Śląsku poważną rolę nadal odgrywa ludność rodzima, tutaj mamy do czynienia wyłącznie z ludnością napływową. Musimy więc na nowo uczyć się historii całego Śląska. Po to, by ją zrozumieć. Stąd te problemy z postrzeganiem i nazywaniem powstań śląskich. Wiedza, która definiuje ten okres tylko jako rywalizację polsko-niemiecką, jest niepełna.
Na Dolnym Śląsku echa dawnych polsko-niemieckich sporów już się nie słyszy. Na Górnym Śląsku jest inaczej. Paradoks?
- Nie. Na Dolnym Śląsku nie możemy mówić o ciągłości tradycji, bo tutaj wszystko rozpoczęło się - niejako od nowa - po roku 1945. Na Górnym zaś  ludzie różnych kultur i języków przez setki lat obok siebie żyli, współpracowali, rywalizowali, ale i się bili. Na Dolnym Śląsku nie powstała przecież jakaś odrębna mowa ani nie ma nawet wspólnych zwyczajów. Wprawdzie mówi się czasem, że Wrocław stał się „drugim Lwowem”, to jednak jest to tylko bardzo odległa od prawdy przenośnia. Tak, mamy Ossolineum, pomnik przeniesiony ze Lwowa, kresowe Madonny w kościołach, a podczas Bożego Narodzenia na wielu stołach pojawiają się potrawy pochodzące z dawnych Kresów Wschodnich. Coś jeszcze? Niewiele, bo ludność Wrocławia tylko w niewielkiej części wywodzi się ze Lwowa. To nie dziedzictwo Lwowa tworzy obraz dzisiejszego Wrocławia. Na Górnym Śląsku zaś związki z lokalną historią są żywe i ciągle obecne, także w przekazach rodzinnych. To nie jest część dziedzictwa poprzednich mieszkańców, do którego wybranych elementów się nawiązuje, jak to jest na Dolnym Śląsku. Górnośląskie opowieści niosą zwykle silny ładunek emocjonalny, łącząc różne dramatyczne elementy – nie tylko powstania, bo także czas nazizmu, drugiej wojny światowej, powojennych wywózek na Wschód i represji, określanych mianem tragedii górnośląskiej. Historia zatem spina pokolenia, buduje wspólnotę, przypomina o losach, które układały się inaczej niż w innych regionach.
Powiada Pan, że dzisiejszy mieszkaniec Wrocławia postrzega powstania śląskie jako element historii państwa polskiego. To błąd?
- Rzecz w tym, że nie uwzględnia się, także w podręcznikach szkolnych, specyfiki regionalnej. Polska po obu wojnach światowych przejmowała obszary, które wcześniej należały do Niemiec. To niosło, i nadal niesie, rozmaite konsekwencje. Zauważmy – a potwierdziły to ostatnie spisy ludności - jak wielu mieszkańców Rzeczypospolitej zdefiniowało się jako ludność górnośląska. Dlaczego tak się stało? Jak powinna reagować większość polska? Czy negacja to właściwa droga? Brakuje wiedzy. Pomocą mogłyby być wkładki regionalne, dołączane do podręczników. Łatwiej też byłoby wówczas określić, co to jest patriotyzm we współczesnym wydaniu. Uwarunkowania historyczne powodują, że on nie może mieć jednego oblicza.
Na tym tle rodzą się kontrowersje i frustracje. Jedni powiadają, że powstania były dyrygowane z zewnątrz. Innych to denerwuje, bo odbiera się powstańcom podmiotowość i wolną wolę. To rzutuje także na dzisiejsze postawy światopoglądowe. 
- Ważna jest nie tylko pamięć kulturowa, ale i komunikacyjna. Tam, gdzie zachowała się ciągłość, z generacji na generację przekazywane były informacje o powstaniach, o udziale w nich dziadka i jego znajomych. Tradycje były żywe, choć na pewno nie jednolite. Polityka państwa – i polskiego, i niemieckiego – nierzadko stała w sprzeczności z pamięcią rodzinną. Stąd różne oceny i przeciwstawne emocje. 
Powstania wpisywane były w tradycje walk klasowych, potem były przemilczane, a w latach 70. stanowiły atrakcyjny element propagandowy i „dekoracyjny” – to wtedy żartowano, że mimo upływu lat powstańców przybywa. Dziś zaś – albo pustka, albo pomieszanie pojęć.
- Kombatantów zawsze przybywa ex post. Marszałek Piłsudski też coś o tym wiedział. Po drugiej wojnie trzeba było tę krainę jakoś „oswoić”, włączyć w krwiobieg nowego państwa. Odtąd w komunistycznej Polsce mieli żyć tylko Polacy. Mniejszości zostały zmarginalizowane, grupy regionalne zepchnięte na obszar folkloru, a do tego powtarzały się masowe fale wyjazdów Niemców i Ślązaków na Zachód. Polityka była pokrętna, bo władza rzeczywiście nie wiedziała, z kim ma do czynienia. Historia nie była biało-czarna, choć tak była traktowana. W takiej bowiem postaci jest użyteczna do najbardziej grubo ciosanej polityki historycznej. Wprawdzie za czasów Gierka i Ziętka mocno dowartościowano pamięć o powstańcach, ale szczerej debaty tożsamościowej zabrakło. Mogła się pojawić dopiero w ostatnich dwóch dekadach. A i tak do dziś mamy problem z rozważaniem racji różnych stron. To dowód na to, że nadal potrzebujemy dyskusji, która wykraczałaby poza oczekiwania decydentów politycznych i uwzględniała perspektywę, jaką przyjmowali uczestnicy tamtych wydarzeń, a także ich rodziny. Pamiętać trzeba również, że ta perspektywa może być zmienna. Odbija bowiem nierzadko i rozczarowania, a tych również gorzko doświadczyli Ślązacy z „opcji polskiej”.
Ramy takiej debaty muszą być szerokie, bo jedni silnie akcentują wyniki plebiscytu, a innych irytuje, że w obiegu powszechnym utrzymuje się przekonanie, że zwycięskie było tylko jedno powstanie - wielkopolskie.
- Rzeczywiście, powstania śląskie zostały zepchnięte na dalszy plan. W tym samym czasie trwała wojna polsko-bolszewicka, nie było pewności, jak poprowadzone zostaną granice państwowe. Górny Śląsk pozostał problemem także w kolejnych latach, mimo obowiązywania konwencji regulującej kwestie praw mniejszości narodowych po obu stronach i autonomii regionalnej (zjawiska wyjątkowego w II RP). Po doświadczeniach wojennych komuniści nie wiedzieli, czy mają do czynienia z Polakami, czy z Niemcami. Ten rodzaj zawiłości i niepewności w różnym stopniu dawał o sobie znać także w kolejnych dekadach. Opinii publicznej trudno było zrozumieć owe „subtelności”. Łatwiej było pobudzić w sobie dystans i nieufność, wzbudzany wszelkimi nawiązaniami czy odniesieniami do „niemieckości”. W moim przekonaniu powinniśmy dążyć do tego, by unikać jednolitych wykładni i interpretacji stricte narodowych, dopuścić racje obu stron. Dlatego pisząc z żoną Małgorzatą i Arno Herzigiem książkę Śląsk i jego dzieje, staraliśmy się objąć historię całej tej krainy, również po jej podziale. Interesowały nas także symbole, jakimi posługiwali się Polacy i Niemcy. Nie bez powodu zamieściliśmy odznaczenia, które przyznawano uczestnikom walk po obu stronach.
W sensie graficznym, estetycznym – dziwnie do siebie podobne…
- Tym samym pokazujemy złożoność tamtych czasów, ale i jedność pewnych prądów, emocji. To nie jest tak, że była tylko jedna strona konfliktu. Podobnie powinniśmy spoglądać na inne obszary pograniczne w Polsce i Europie. Górny Śląsk miał i ma swoją specyfikę, ale nie jest czymś absolutnie wyjątkowym. Nasze oceny muszą więc być wyważone, powinny uwzględniać różnorodność postaw, wskazywać na dylematy, przed jakimi stanęły wtedy państwa, ale i społeczeństwa. Konsekwencje były długofalowe. Badania pokazują, że na terenach przygranicznych wybory nie były jednoznaczne. Wielu Ślązaków optujących za Polską lub ich potomków wyjechało później do Niemiec. Bo czuli się niedowartościowani, nie dostrzegano w nich „stuprocentowych” Polaków. Emigrowali, bo nie odpowiadało im, że Polska stawia ich w stan oskarżenia czy chociażby podejrzenia, że nie spełnia pokładanych w niej nadziei, także tych codziennych, egzystencjalnych. Za tymi decyzjami niejednokrotnie kryły się ludzkie dramaty.
W wielu miejscowościach, zwłaszcza wokół Strzelec Opolskich, przez wieki dominowała ludność polskojęzyczna. To stamtąd wywodziło się wielu powstańców. Dziś są to bastiony mniejszości niemieckiej.
- Rozmawiamy o Śląsku sprzed stu lat, a jednak widzimy, że nie tylko fakty nas interesują, ale przede wszystkim ich konsekwencje. Konteksty narodowościowe były i są interesujące, ale nie mieszczą się w trwałych matrycach. Powstania śląskie to część historii Polski, ale także – nie zapominajmy o tym - Niemiec.
 
Krzysztof Ruchniewicz
- profesor, historyk, dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willyʼego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego
 
 
W „magazynie pamięci”

Z historykiem dr. TOBIASEM WEGEREM rozmawia MARCIN WIATR
W Europie znów dyskutuje się o granicach, głównie w kontekście kryzysu związanego z falą uchodźców. Mówi się o wzmocnieniu granic zewnętrznych UE, ale i tych narodowych. Czy doświadczenia z wytyczaniem granic, jakich Europa doświadczyła po I i II wojnie światowej, mogą nam pomóc?
- Wątpię, czy sięgając po doświadczenia płynące z porządku wersalskiego można stworzyć jeden europejski model radzenia sobie z problemem granic. Rozejrzyjmy się po Europie: w przypadku dążeń wielu Szkotów do uniezależnienia się od Londynu jesteśmy świadkami jednego z ostatnich fenomenów dekolonizacyjnych w obrębie byłego imperium brytyjskiego, który już w pierwszej połowie XX wieku doprowadził do niepodległości Irlandii. W przypadku katalońskich separatystów w Hiszpanii, oprócz kwestii językowych i kulturowych, pewną rolę odgrywają także te natury politycznej  – w trakcie wojny domowej Katalonia uchodziła za ostoję republikanów walczących z faszystowskimi frankistami. Liga Północna we Włoszech chętnie sięga po dawne stereotypy ekonomiczne, budując obraz lepiej rozwiniętej północy kraju w opozycji do Mezzogiorno. Czyni to, nie pytając o powody słabości południa kraju, a jednym z nich jest trwający tu przez stulecia system feudalny. Także tendencje separatystyczne w Belgii pokazują, że mimo wspólnej tradycji wyznaniowej nie udało się przezwyciężyć różnic dzielących Walonów i Flamandów. Obie grupy wciąż silniej utożsamiają się z ich językowymi „ojczyznami”, Francją i Holandią, niż ze wspólnym państwem, istniejącym od 1830 roku. 
Czy dostrzega Pan takie tendencje również w Europie Środkowej i Wschodniej? Czy tu też mamy do czynienia z resentymentami, których źródeł należy szukać w „doświadczeniach granicznych” po I wojnie światowej?  
- Dzisiejsze Węgry podsycają konflikty graniczne z tymi sąsiadami, na których terytorium rozciągały się przed 1918 rokiem ziemie niegdysiejszych „Wielkich Węgier”. Dotyczy to Słowacji, Rumunii, Serbii, Chorwacji. Instrumentalizacja mniejszości węgierskich w tych krajach wykazuje wiele podobieństw do polityki rewizjonistycznej Republiki Weimarskiej, która dążyła do obalenia porządku wersalskiego. Miejmy nadzieję, że to się tak samo nie skończy. W innych regionach, na przykład na wschodzie Ukrainy, oprócz różnic etnicznych, mamy do czynienia z silnymi wpływami z zewnątrz. Zresztą całkiem świadomie wymieniłem na wstępie regiony Europy Zachodniej, bo moim zdaniem konflikty graniczne w tej części Europy są dziś o wiele silniejsze niż w Europie Środkowo-Wschodniej, która po I i II wojnie światowej doświadczyła przecież bardziej bolesnych zmian.
Czy jednak można wskazać jakiś element łączący wszystkie bieżące konflikty graniczne? 
– Jak najbardziej, a polega on na tym, że istniejące hierarchie polityczne i ekonomiczne nadal zbyt chętnie sprowadza się do wymiaru etnicznego. Choć z perspektywy życia codziennego Walonów i Flamandów o wiele więcej ich łączy, niż dzieli, to widocznie już samo posługiwanie się innym językiem jest wystarczającym powodem do wrogości. Jeśli jadąc autostradą od północy, wjeżdża pan do Belgii, nie znajdzie pan żadnej tablicy wskazującej na, w większości francuskojęzyczne, walońskie miasto Liège. Są tylko tablice, na których widnieje flamandzki wariant tej samej nazwy miasta: Luik. I odwrotnie - także tablice w Walonii nie wymieniają flamandzkiego Antwerpen, lecz odpowiednik francuski, czyli Anvers. W ten symboliczny sposób skłóca się ze sobą ludzi żyjących w wielokulturowych regionach Europy. We Włoszech zwolennicy Legii Północnej nazywają mieszkańców Neapolu czy Sycylii „Arabami”. W rumuńskim Siedmiogrodzie, gdzie zresztą wiele miejscowości oznaczonych jest w trzech językach, z okazji obchodów niektórych węgierskich rocznic dochodzi do czegoś w rodzaju symbolicznego „przejęcia w posiadanie”. W takie dni w przestrzeni publicznej powiewa więcej flag węgierskich niż rumuńskich. Niech pan sobie wyobrazi, co by się działo, gdyby w Dzień Zjednoczenia Niemiec Opole czy Gliwice tonęły w morzu czarno-czerwono-złotych flag... 
Czy „niemiecka pamięć” o „przypadkach granicznych”, jakie miały miejsce na Górnym Śląsku w latach 20. XX wieku oraz ich złożonych przyczynach, wciąż jest jeszcze żywa? Czy dyskusja na temat Górnego Śląska odgrywa jeszcze jakąkolwiek rolę? 
- W pamięci zbiorowej większości Niemców doświadczenia związane z wytyczeniem granicy na Górnym Śląsku nie odgrywają dziś już żadnej roli. Sięgając po terminologię zaproponowaną przez Aleidę Assmann można powiedzieć, że Górny Śląsk w społeczeństwie niemieckim przeszedł drogę od pamięci „funkcjonalnej” do pamięci „magazynującej”. W okresie międzywojennym takie pojęcia jak „walka plebiscytowa” i „rozwiązanie graniczne”, ale też niektóre miejsca i osoby, jak Góra Świętej Anny/St. Annaberg czy Wojciech Korfanty, służyły za projekcję niemieckiej propagandy rewizjonistycznej. W okresie zimnej wojny w Niemczech Zachodnich ta propaganda została ubrana w nowe szaty. Miała być też reakcją na przebieg nowych granic po 1945 roku, który wywarł tu głęboki szok. Miała uzasadnić rzekome „parcie na Zachód” Polski. Ale najpóźniej w latach 60., kiedy doszło do politycznego i społecznego zbliżenia pomiędzy Polską a Niemcami, taka retoryka została wyparta z dyskursu publicznego. Dziś można ją usłyszeć jeszcze tylko w kręgach śląskich ziomkostw, których wpływy w ostatnich latach bardzo zmalały.
Mimo to w 1953 roku związek federalny i landy, na mocy art. 96 Federalnej Ustawy o Wypędzonych i Uchodźcach, zobowiązały się do pielęgnowania, badania i wspierania dziedzictwa kulturowego Niemców pochodzących z Europy Wschodniej, i ta ustawa nadal jest realizowana…
- Bo daje prawne możliwości finansowania przez państwo projektów badawczych, przy czym dziś jej pierwotna, etnocentryczna wykładnia została zastąpiona przez szersze kulturowe rozumienie Europy Wschodniej. Dzięki temu dofinansowanych zostało wiele sensownych projektów badawczych, na przykład pierwsza trójnarodowa – polsko-niemiecko-czeska – synteza dziejów Górnego Śląska, która ostatnio została wydana także w Niemczech.
Inną kwestią jest jednak pamięć członków górnośląskich rodzin, niezależnie od tego, czy żyją w Polsce jako członkowie mniejszości niemieckiej, czy też w Niemczech jako wypędzeni lub tzw. późni przesiedleńcy oraz ich potomkowie. Czy te doświadczenia graniczne są jeszcze obecne w pamięci rodzinnej? 
- W tym przypadku pytanie, kto w latach 20. opowiedział się po czyjej stronie albo jakie konsekwencje miało wytyczenie granicy w roku 1922, może w tradycji rodzinnej odgrywać jeszcze pewną rolę. Zresztą dotyczy to także polskich Górnoślązaków, których przodkowie ewentualnie walczyli w szeregach śląskich powstańców, a później włączyli się w życie kulturalne i gospodarcze województwa śląskiego. Ale i te wspomnienia powoli przechodzą z pamięci komunikatywnej do pamięci kulturowej; obecnie poddaje się je muzealizacji czy archiwizacji.
Po 1989 roku regiony pogranicza na nowo zostały odkryte jako przestrzenie wielu kultur. Na tej zmianie paradygmatu zyskał także Górny Śląsk, choć jego postrzeganie nadal bywa ograniczane przez „stare” nawyki, podczas gdy nowe interpretacje historii regionalnej wydają się stwarzać „nowe” granice. Jak w tym sporze zadomowić ponadnarodowe wątki, przekraczające granicę narodowocentrycznej percepcji? Jak mógłby wyglądać wkład niemieckich historyków?    
- Rzeczywiście, w Europie Środkowo-Wschodniej wiele się zmieniło. Ale przecież także na Zachodzie europejskie spojrzenie na regiony wielokulturowe wcale nie jest tak starej daty, jakby się mogło wydawać (choćby w kontekście Tyrolu Południowego czy Kraju Basków). Aby zgłębić znaczenie Górnego Śląska zarówno jako ziemi spotkań, jak i przestrzeni ograniczeń wynikających z wytyczania granic, potrzebne są – moim zdaniem – bardziej szczegółowe badania w zakresie historii społecznej czy życia codziennego w regionie. Historia polsko-niemieckiej dyplomacji w latach 20. i 30. jest dość dobrze znana. Mniej wiemy natomiast o równie istotnych dla historii Górnego Śląska stosunkach polsko-czechosłowackich, które na poziomie politycznym i dyplomatycznym cechowała głęboka nieufność. Jakie zmiany zaszły w regionie po 1918 roku? Jaką rolę odgrywały media, konsumpcja, szkoła, duszpasterstwo, partie polityczne, służba w wojsku? Jakie znaczenie na Górnym Śląsku miały związki i stowarzyszenia? Jak społeczność regionu reagowała na naciski ze strony Berlina czy Warszawy? Jakie następstwa miały – opisywane wielokrotnie w beletrystyce, ale w kontekście dnia codziennego mało zbadane – „pęknięcia” przechodzące w poprzek górnośląskich rodzin, których członkowie opowiadali się po różnych stronach narodowego sporu? Zresztą dotyczy to nie tylko losów polsko-niemieckich, na przykład pomiędzy Bytomiem/Beuthen a Chorzowem/Königshütte czy Katowicami/Kattowitz, lecz także niemiecko-czeskich w tzw. Kraiku hulczyńskim albo polsko-czeskich na Śląsku Cieszyńskim.  
Czy tworząc podręczniki szkolne częściej będzie się sięgać po europejskie doświadczenia takich regionów jak Górny Śląsk? Jak to wygląda w Niemczech? Czy istnieje niepisany nakaz, każący polityce edukacyjnej wstrzymywać się przed podejmowaniem wątków z historii i kultury byłych niemieckich ziem na Wschodzie?     
- Wątpię, czy to niewielkie pensum godzin, jakie w niemieckim, ale i w polskim szkolnictwie przewidziano na naukę historii, w ogóle pozwala ten problem rozważać. W Niemczech mamy zdecentralizowaną strukturę nauczania, a więc istnieje 16 systemów edukacji. Można by sobie jedynie życzyć, by w odniesieniu do poszczególnych regionów wyraźniej uwzględniano ich kulturową specyfikę. Oznacza to, że na Górnym Śląsku na lekcjach historii oprócz wpływów polskich należałoby podjąć także te niemieckie, czeskie czy żydowskie. Natomiast w Zagłębiu Ruhry imigracja siły roboczej z Górnego Śląska mogłaby z powodzeniem zilustrować historię migracji i integracji ludności o różnych korzeniach kulturowych i etnicznych, które zamieszkały w tym przemysłowym regionie Niemiec. 
Ale przecież wiemy, że podręczniki szkolne wciąż jeszcze pozostają domeną polityki narodowej. Akurat te regiony, których historię i kulturę należałoby przedstawić w oparciu o narrację transnarodową, mają raczej niewielkie szanse, by się „przebić” – chyba że uda się przekonać decydentów z dziedziny polityki edukacyjnej, że taka europejska narracja ma sens… 
- Jestem zdania, że zajmowanie się kulturą i historią regionów winno być wolne od jakichkolwiek wytycznych ze strony polityki. Polityka niemiecka powinna się ograniczyć do wspierania projektów dotyczących Górnego Śląska, które z naukowego punktu widzenia są sensowne. Uważam, że należy zachować dystans wobec jakichkolwiek prób wywierania wpływu na polską politykę historyczną czy też mniejszość niemiecką w regionie. Górny Śląsk jest dziś polskim regionem i mieszkający tu członkowie mniejszości niemieckiej czy czeskiej mogą na terenie Rzeczypospolitej praktykować własne aspiracje kulturalne. Obie grupy muszą się rozwijać, jeśli nadal chcą istnieć jako żywotne części górnośląskiej społeczności i być czymś więcej niż tylko folklorystycznym dodatkiem. 
W Niemczech długo postrzegano Górny Śląsk jako przypadek dość kłopotliwy. Czy ten region nadal omija się dużym łukiem, czy też to spojrzenie się jednak zmienia? Czy w ogólne taka zmiana jest potrzebna, bo przecież zawsze można zapytać: „komu to ma służyć?”. 
- W tej kwestii należy rozróżniać poszczególne płaszczyzny percepcji. Media chętnie koncentrują się na konfliktach: tak było w przypadku nieudanej próby organizacji spotkania pomiędzy Helmutem Kohlem a Tadeuszem Mazowieckim jesienią 1989 roku na Górze Świętej Anny, a dziś dotyczy to krzykliwych doniesień o autonomicznych tendencjach na Górnym Śląsku. Do tego dochodzi publicystyka organizacji ziomkowskich, pełna emocjonalnych tonów, gdzie wciąż jeszcze obecne są antypolskie stereotypy. Bardziej wyważone głosy dotyczące Górnego Śląska są w mediach niemieckich raczej rzadkością – dominuje tendencja, by ten region przedstawiać w egzotycznych barwach jako strefę nieustannych konfliktów na tle etnicznym. Natomiast w przypadku niemieckich historyków i kulturoznawców dostrzegam w ostatnich latach wszechstronne zainteresowanie Górnym Śląskiem. Myślę tu o pracach Juliane Haubold-Stolle czy Kai Struve, ale też o badaniach z dziedziny historii sztuki autorstwa Beate Störtkuhl. A to tylko kilka przykładów. Wszyscy ci naukowcy podchodzą do problematyki Górnego Śląska bez uprzedzeń, zachowując jednocześnie sporą dozę empatii. Wiemy jednak, że rezultaty prac naukowych rzadko wpływają na szerszą opinię publiczną. Pozostaje mieć nadzieję, że książki tych badaczy powoli pozwolą na spopularyzowanie bardziej pozytywnego wizerunku Górnego Śląska. Zresztą nie mniej ważną rolę odgrywa ruch turystyczny, a w tej mierze jest jeszcze sporo do zrobienia. Dla wielu niemieckich urlopowiczów odwiedzających Polskę Górny Śląsk wciąż jeszcze jest „ziemią tranzytową” w drodze z Wrocławia do Krakowa. Osobliwości Górnego Śląska wciąż jeszcze pozostają wyłączną domeną miłośników tego regionu.
Być może wiąże się to z tym, że Górny Śląsk nawet dla wielu ludzi tu mieszkających wciąż jawi się jako „zwykły region”? Stereotypy na temat Górnego Śląska jako krainy poprzemysłowych hałd nadal się mocno trzymają, pewnie także dlatego, bo taki obraz wyłania się z kart podręczników. Czy oczekuje Pan jakichś pozytywnych impulsów, których mogłyby dostarczyć efekty współpracy polsko-niemieckiej, chociażby wspólny podręcznik do historii?  
- Nie wiązałbym wielkich nadziei z powstającym polsko-niemieckim podręcznikiem do historii. To głównie intelektualny produkt autorów i inicjatorów tego projektu. Można mieć wątpliwości, czy zdoła przebić się na rynku podręczników, gdzie panuje duża konkurencja. Taki los spotkał niemiecko-francuski podręcznik do historii, który nie wzbudził zbyt dużego zainteresowania. Większe oczekiwania kieruję raczej w stronę konkretnych form współpracy, na przykład wspólnych projektów wystawowych Muzeum Śląskiego w Görlitz z partnerami na Górnym Śląsku czy też bilateralnych grup roboczych, realizujących wspólne projekty badawcze. W przyszłości należy się postarać, by efekty tych kooperacji znalazły silniejszy odzew w mediach. Tylko w ten sposób zostaną spopularyzowane i znajdą oddźwięk w naszych społeczeństwach.
Tobias Weger
- historyk, pracuje w Federalnym Instytucie ds. Kultury i Historii Niemców w Europie Środkowo-Wschodniej w Oldenburgu
Marcin Wiatr
- literaturoznawca i tłumacz, pracuje w Instytucie im. Georga Eckerta ds. Międzynarodowych Badań nad Podręcznikami w Brunszwiku


 
« powrót
(pusty)

Numer 4(22)2018 - W pamięci

Zapraszamy do zakupu najnowszego numeru kwartalnika Fabryka Silesia 4(22)2018 - W pamięci. Pismo dostępne od 13 listopada w Empiku, Kolporterze i Ruchu oraz w sklepie internetowym www.fabrykasilesia.pl/sklep i redakcji kwartalnika przy ul. Teatralnej 4 w Katowicach.

Videoteka