kwartalnik kulturalny
Regionalnego Instytutu Kultury w Katowicach

  W pamięci

de en

Fabryka Silesia 1(11)2016 - Śląsk Zdrój

Hałdy to nasz klejnot

z przyrodnikiem dr. JERZYM PARUSELEM
rozmawia WALDEMAR SZYMCZYK


Nie lubimy hałd, wstydzimy się ich, bo są dowodem naszej destrukcyjnej działalności. Tymczasem Pan, jako przyrodnik, apeluje, żeby je zachować. Ba, najchętniej nie poddawałby Pan ich rekultywacji, tylko zostawił w stanie nienaruszonym.
- Wychowywałem się w pobliżu odkrywkowej kopalni w Murckach. Tam odbywałem pierwsze lekcje geologii – oglądałem odciski paproci i starszy kolega uczył mnie, jak się nazywają. Niestety, w wyniku rekultywacji tej hałdy zniszczono ją bezpowrotnie wraz z ogromnym bogactwem gatunków roślin i zwierząt. Dlatego marzy mi się stworzenie takiej ścieżki dydaktycznej na hałdzie, gdzie będziemy mieć dostęp do tych wszystkich skamieniałości. To przecież jest tożsamość tej ziemi. 320 milionów lat temu mieliśmy tutaj układ karbońskiego lasu, latały 70-centymetrowe ważki, a skrzypy i paprocie miały po 30-40 metrów. Nie zdajemy sobie sprawy, że wrzucając łopatkę węgla do pieca, korzystamy z elementu tego zielonego świata sprzed milionów lat. To piękny, zamknięty cykl przyrodniczo-kulturowy. To nasze dobro kulturowe, bo i popiół z węgla został przetworzony artystycznie przez malarza Mariana Mendrka z Pszczyny w cykl obrazów Terra Slez. Tymczasem większość hałd jest rozbierana, bo kruszywo potrzebne jest pod budowę autostrad. Chciałbym, żeby niektóre, te najbardziej charakterystyczne, znalazły się pod ochroną, zanim znikną z naszego krajobrazu.
Ale hałdy pylą, palą się, szkodzą człowiekowi…
– Jednak dla przyrodnika to klejnot. Wydobywamy coś spod ziemi, robimy z tego podłoże i tworzymy nowy układ przyrodniczy. To się da porównać ze zmianami, jakie zaszły w przyrodzie po wybuchu wulkanu Krakatau. Na hałdach możemy obserwować procesy inicjalne, mikroewolucji, co jest fenomenem. Przyroda wchodzi na nie, często powstają odmiany roślin niespotykane nigdzie indziej. Na hałdach dolomitowych są to rośliny lubiące zwiększoną zawartość metali w glebie. Tak jest na przykład w okolicach byłej kopalni Fryderyk w pobliżu Tarnowskich Gór, tak było na hałdzie pohutniczej w Szopienicach. Tam są zresztą chyba najciekawsze hałdy powstałe z wydobycia rud galmanowych. Z kolei koło Jaworzna jest hałda „storczykowa”. Takiego nagromadzenia tych rzadkich i chronionych roślin nie znajdziemy nigdzie w naturze. Stosunkowo ubogie przyrodniczo są hałdy karbonu, pochodzące z eksploatacji węgla kamiennego. Silne zasolenie skał powoduje, że muszą minąć lata, zanim deszcze, wiatry, słońce zrobią swoje i stworzą glebę dla roślin. Co ciekawe, pojawiają się tam rośliny, które występują na Kujawach w środowiskach solankowych. Dzięki destrukcyjnej działalności człowieka stwarzamy nowe siedliska tych roślin. 
Podręczniki zalecają jednak jak najszybsze rekultywacje hałd.
– Interesującym przykładem twórczego sypania hałdy są Paciorkowce w Bieruniu. To jedyna hałda, która została zaprojektowana przez architekta krajobrazu i jest konsekwentnie kształtowana.
Co, poza hałdami, może być znakiem rozpoznawczym przyrody Górnego Śląska?
– Ten problem pojawił się, kiedy powstawało Centrum Dziedzictwa Przyrody Górnego Śląska. Zastanawiałem się nad logotypem, nad czymś unikatowym – obojętnie czy ze świata roślin, czy zwierząt. Pierwsze skojarzenie to żubr. W roku 2015 mieliśmy zresztą 150-lecie założenia hodowli żubrów w Pszczynie. Ale wiele instytucji „zawłaszczyło” nam ten symbol – Liga Ochrony Przyrody, Białowieski Park Narodowy, Komitet Ochrony Przyrody PAN. Tymczasem to klejnot, to symbol Górnego Śląska. W roku 1755 zginął ostatni dziko żyjący osobnik w Prusach Wschodnich. Dopiero wówczas przystąpiono do hodowli żubra, aby gatunek ten przetrwał. W 1865 roku, a więc w 110 lat po zagładzie żubrów na ziemi niemieckiej, książę Jan Henryk XI Hochberg sprowadził z Białowieży żubry do Murcek i wypuścił do lasu, gdzie kiedyś żyły. To była pierwsza na świecie restytucja gatunku! Kiedy sprowadzano je do Murcek, to w Puszczy Białowieskiej było ponad 500 osobników, nikt nie przypuszczał, że w 1919 roku zginie ostatni dziko żyjący żubr na świecie. Po 20-30 latach przeniesiono je do Pszczyny, żeby były bliżej pałacu księcia. I to one są prapradziadkami wszystkich żubrów na świecie! Na podstawie Księgi Rodowodowej Żubrów ustalono, że ponad 90% z nich pochodzi od Planty i Plebejera. Ta nazwa PL nie jest przypadkowa, bo wskazuje na Pszczynę (Pless). Szkoda, że taki kapitał, taka marka, taki potencjał promocyjny kompletnie nie jest wykorzystany przez Śląsk. A rola i znaczenie żubrów pszczyńskich oraz zasługi pokoleń leśników i weterynarzy w dziele ratowania żubrów na świecie są prawie całkowicie przemilczane.
Ostatecznie jako element logo pojawiła się roślina…
– Wybrałem orzeszek bukowy, bo to kolejny symbol regionu. Na jego terytorium występują wszystkie buczyny rosnące w Polsce: żyzna buczyna niżowa sięga od Wybrzeża do Wodzisławia Śląskiego, buczyna karpacka schodzi z gór aż po Bytom, mamy buczynę sudecką, która sięga w okolice Żywca i Jury. No i jeszcze mamy buczyny kwaśne – niżowe i górskie, rosną na gorszych glebach.
A co jeszcze jest unikatowego w naszej przyrodzie?
– Jeśli mówimy o tak zwanych gatunkach charyzmatycznych, które wyznaczają tożsamość przyrodniczą regionu, to jest to marsylia czterolistna, której jedyne stanowisko było na Górnym Śląsku. A jeśli chodzi o zwierzęta, to ślepowron, ptak prowadzący nocny tryb życia, którego najstarsza kolonia znajduje się na stawach w okolicy Landeku i Ligoty w dolinie Wisły, a jego współczesna populacja na Górnym Śląsku stanowi niemal 50% populacji krajowej. Istnieje czerwona lista roślin i zwierząt Górnego Śląska, którym grozi wymarcie. 
Czy jest tam wiele pozycji?
– Bardzo dużo, setki gatunków, w tym: 43 gatunki kręgowców, 63 gatunki bezkręgowców, 59 gatunków porostów, 46 gatunków mszaków i 80 gatunków roślin naczyniowych krytycznie zagrożonych, które wymagają natychmiastowej pomocy. Ale, niestety, nie robi się tego.
Kiedy zaczęto chronić przyrodę na Górnym Śląsku?
– Idea ochrony przyrody pochodzi od Aleksandra Humboldta, czyli jest to dopiero wiek XIX. Zanik poszczególnych gatunków wywołał refleksję, że trzeba to powstrzymać. Ale początki ochrony konserwatorskiej to są lata 20. minionego wieku. Wtedy powołano służby, pojawiły się pierwsze rezerwaty, wyznaczono gatunki chronione. W roku 1922 powstała praca o szkodach dymowych w Katowicach. Ale monitoring środowiska wprowadzono dopiero w latach 70. Jak widać, wszystkie najważniejsze działania ekologiczne wychodziły z naszego regionu, bo był to region najbardziej uprzemysłowiony i zurbanizowany. Tu była największa degradacja środowiska przyrodniczego i największe zagrożenie życia człowieka.
Jaki ten Śląsk kiedyś był? Kiedy zaczął się zmieniać?
– Mamy na naszym terenie najstarsze ślady pobytu człowieka na ziemiach polskich – w okolicy Kończyc Wielkich na Śląsku Cieszyńskim odkryto półprodukty i narzędzia człowieka paleolitycznego sprzed około 800 tysięcy lat, które świadczą o tym, że człowiek ingerował w przyrodę. Są to też szczątki zwierząt dzikich i hodowlanych, ślady pożarów i mnóstwo ziaren zbóż zachowanych w osadach torfowisk. Ale jeśli chodzi o przebieg granicy rolno-leśnej, to ukształtowała się ona już około tysiąca lat temu. Wtedy uprawa wymagała wielkiej przestrzeni – o plonach decydowała wielkość areału. Zajmowano więc tereny najkorzystniejsze pod względem uprawy, rugowano lasy grądowe, bo były na żyznych glebach, a zostawiano zalesione tereny na piaskach, w niedostępnych wąwozach, na terenach trudnych do działalności rolniczej. Tak było przez setki lat. Ale ostatnie 200 lat to największa ingerencja w przyrodę. Odkryto zasoby ziemi – węgiel, rudy i niezależnie, gdzie te złoża były, w lesie czy na polach, obszary te zostały radykalnie przekształcone. Najpierw było to wydobycie powierzchniowe, potem głębinowe. Do tego doszedł przerób rud darniowych, pojawienie się hut. Potrzebny był opał, najpierw było to drewno. Ponieważ największą wartość opałową mają drzewa liściaste – buk, grab, więc one w pierwszej kolejności zniknęły. Kiedy w XVIII wieku wprowadzono zorganizowane leśnictwo  na Górnym Śląsku, zamiast drzew liściastych nasadzano w górach świerki, a na niżu sosny. Bo szybciej rosną i dają doskonałe drewno do celów technicznych. Efekty są dzisiaj tragiczne – zarówno w Beskidach, jak i w innych rejonach. Drzewa liściaste lepiej by sobie radziły w niesprzyjających warunkach, a iglaste masowo wymierają.
Najgorszy czas dla przyrody to były lata 70.
XX wieku?
– Na szczęście to już się skończyło. Spowodowały to upadek przemysłu w latach 90. i całkowita zmiana technologii. To, co jest nowe, nie jest już tak szkodliwe. Zostaje oczywiście nadal nierozwiązany problem niskiej emisji.
Czyli historia Górnego Śląska zapisana jest
w krajobrazie?
– Mamy dziś krajobraz, który jest obrazem wszystkich działań człowieka związanych z rozwojem cywilizacyjnym, urbanizacją, uprzemysłowieniem. Zostały nam tylko ślady pierwotności – np. Wzgórze Wandy w Katowicach-Murckach, które jest pokryte lasem bukowym. Chociaż ten drzewostan został wyhodowany ręką leśnika, to zachowany w starej części rezerwatu przyrody „Las Murckowski” starodrzew ukazuje nam wygląd pierwotnej Puszczy Śląskiej.
Pewnie Pan uważa, że bogactwa naturalne
i rozwój przemysłu to dla Śląska przekleństwo?
– Z punktu widzenia przyrodniczego jest to degradacja, ponieważ zmieniliśmy pierwotną strukturę roślinności, przekształciliśmy składy gatunkowe drzewostanu, a co za tym idzie – fauny i flory. Zasoby ziemi zostały wyeksploatowane, przyroda skażona… Ale potencjał przyrody jest ciągle ogromny i wystarczyłoby nic nie robić, aby...
Może powinniśmy stworzyć – wzorem Szlaku Zabytków Techniki – Szlak Zabytków Przyrody?
– Ależ takie przedsięwzięcie zostało przewidziane w pierwszej w Polsce regionalnej Strategii Ochrony Przyrody Województwa Śląskiego, która została przyjęta przez sejmik w 2012 roku. Byłem konsultantem tej strategii z ramienia Marszałka Województwa Śląskiego. Chcieliśmy, bazując na sukcesie Szlaku Zabytków Techniki, żeby coś takiego powstało. Ale na razie nic nie jest zrobione. Tymczasem mamy 15-20 obiektów, które mogłyby w niej się znaleźć. Pilsko, najwyższy punkt w województwie, gdzie mamy piętrowy układ roślinności, który kończy się na kosodrzewinie. Meandry Odry, gdzie mamy jedyny nieuregulowany kawałek tej rzeki. Jeśli chodzi o lasy, to buczyna w Murckach, czy w okolicach Segietu. Hałdy, piękne parki w Rudach Wielkich i w Pszczynie, aleje z wiekowymi dębami na ziemi pszczyńskiej. Nietoperze w podziemiach tarnogórsko-bytomskich – to fenomen na skalę europejską. Wreszcie żubry w Pszczynie. Te wszystkie obiekty podkreślałyby tożsamość tej ziemi, byłyby doskonałym materiałem dydaktycznym. Dzisiaj uczymy się w szkole o roślinach i zwierzętach całego świata, a nie wiemy, co rośnie w lesie lub na łące koło naszego domu.
Jerzy Parusel
– dyrektor Centrum Dziedzictwa Przyrody Górnego Śląska
Waldemar Szymczyk
– dyrektor wydawniczy Imago PR, wieloletni redaktor katowickiej
„Gazety Wyborczej”
 
 
 
Nasz aqua vitae
 
„Świeża woda zdrowia doda”; jestem z pokolenia, które wyrastało wśród takich sentencji. Starannie wyhaftowane niebieskimi nićmi na białym płótnie, ze stosownymi obrazkami, były nieodzowne w dawnej śląskiej kuchni. Po polsku, niemiecku, czesku…Te tzw. fortuchy miały swoje ściśle określone miejsca. Sentencje o wodzie – nad ławeczką, na której stały wiadra. Potem przeniesiono je nad kran; na chwilę, zanim całkiem zniknęły. Woda była ważna. Jak daleko sięgnę pamięcią, rozmawiano z troską o jej właściwościach zdrowotnych i smakowych, martwiono się, czy będzie w wystarczającej ilości i jakości w studniach bądź wodociągach. Opowiadano o źródełkach ze zdrową wodą, ale też o takich z niezdrową.
Priessnitz pod prysznicem
Śląskie zdroje o nadzwyczajnej mocy leczniczej znano co najmniej od średniowiecza. Znane są rozprawy o ich szczególnych właściwościach leczniczych. Jedna z nich spoczywa w bibliotece Instytutu Medycyny Uniwersytetu Wiedeńskiego. To Vincenza Priessnitza rodzinna księga wodna. To notatki opisujące terapeutyczne metody, jakie stosował Priessnitz – jeden z prekursorów przyrodolecznictwa, przede wszystkim wodolecznictwa. Podyktował je pod koniec życia swojej córce Jadwidze. Urodził się 4 października 1799 roku w skromnej, chłopskiej rodzinie, na południowo- zachodnich rubieżach Górnego Śląska w Gräfenbergu – dziś leżącej w Republice Czeskiej małej miejscowości koło Freiwaldau, czyli Jeseníka. Szkoły raczej unikał, dlatego dopiero jako nastolatek nauczył się w miarę dobrze czytać i pisać. Przyczyną owego nietypowego dla Śląska półanalfabetyzmu były życiowe okoliczności. Ojciec Priessnitza stracił wzrok i chłopak musiał od najmłodszych lat zająć się gospodarstwem. To, że jako nastolatek uzupełnił braki, było wynikiem zainteresowania medycyną. Ale po kolei… Któregoś dnia podczas gospodarskich prac poniosły go konie. Efektem wypadku był zmiażdżony palec i połamane żebra. Tego typu urazy były wówczas uważane za drobiazg niewart wydawania pieniędzy na lekarza. Młodzieniec zaczął leczyć się sam okładami z zimnej wody. Nie wiadomo, skąd siedemnastolatek powziął wiedzę w tej sprawie. Być może zetknął się z książką świdnickiego lekarza miejskiego Johanna Sigmunda Halma (1696-1773). W dziale pod tytułem Zbawienne działanie świeżej wody w leczeniu wewnętrznych i zewnętrznych schorzeń śląski lekarz opisał niektóre metody terapeutyczne. Lecz czy nie bardzo potrafiący czytać wiejski wyrostek rzeczywiście mógł korzystać z uczonej księgi? A może intuicyjnie sam coś odkrył? Mógł mu też podpowiadać, spokrewniony z nim, a mieszkający w sąsiedniej miejscowości, Johann Schroth, który w tym czasie praktykował przyrodolecznictwo. W każdym bądź razie efekty tej kuracji były zadziwiająco pomyślne. To musiało rozejść się po okolicy, jak każda lokalna sensacja. Zaczęli pojawiać się pierwsi „pacjenci”. Wkrótce Vincenz Priessnitz stał się lokalnym ni to znachorem, ni terapeutą. Szczegółów nie znamy. Zapotrzebowanie chyba jednak było spore, bo mając 23 lata, w nowo wybudowanym kamiennym domu urządził specjalne pomieszczenie do wodolecznictwa. Stosował okłady z zimnej wody i natryski w połączeniu z masażami i piciem świeżej wody. Ze znakomitym skutkiem leczył reumatyzm, artretyzm, następstwa urazów, schorzenia układu pokarmowego. Początkowo z jego pomocy korzystali rolnicy i rzemieślnicy z okolicznych miejscowości, ale z czasem pojawili się księża, oficerowie, urzędnicy i szlachta. Wreszcie zaczęli przybywać arystokraci z najświetniejszych książęcych rodów: von Pless, von Anhalt, von Nassau, kardynał von Diepenbrock i następca cesarskiego tronu Austrii arcyksiążę Anton wraz z matką. Byli też pacjentami Priessnitza ludzie sztuki, m.in. wybitny poeta Heinrich Laube i… Fryderyk Chopin. Kuracje przechodzili u niego członkowie rodzin królewskich nawet spoza Europy. Przez całe życie Priessnitz leczył ponad 40 tysięcy osób z Europy, Azji, Afryki i Ameryki. Wśród nich był zapewne i ten, który w Polsce był prekursorem używania nazwy „prysznic”, bo to właśnie od nazwiska Priessnitz, a nie od pryskania – jak ten i ów skłonny jest uważać – ukuto polską nazwę tego jakże użytecznego urządzenia. Bywa, że sława rodzi zawiść i wątpliwości. Dlatego związek lekarzy w Wiedniu wytoczył Priessnitzowi proces o znachorstwo. W 1830 roku, po dość trudnym procesie, sąd go uniewinnił. W następnym roku z Urzędu Krajowego w Opawie otrzymał zezwolenie na prowadzenie przyrodolecznictwa i do stosowanej terapii dołączył kąpiele powietrzne i słoneczne, gimnastykę i prostą pracę na świeżym powietrzu. W 1837 roku wysoka komisja lekarska w Wiedniu uznała wreszcie skuteczność tych metod. Do dziś są one zresztą stosowane. Bez odkryć tego Ślązaka nie byłoby późniejszej słynnej kuracji dr. Kneippa, do której nawiązuje – pod okiem biskupów opolskich – ośrodek leczniczy w Kamieniu (tym „od św. Jacka”). W 1838 roku Priessnitz wybudował sanatorium na 600 osób. Przyczyniło się to do szybkiego rozwoju jego rodzinnych stron i jego własnego wzbogacenia się. Pod koniec życia posiadał kilka majątków ziemskich w różnych miejscach na Śląsku. Po śmierci jego majątek oszacowano na 10 milionów guldenów, co było skarbem iście królewskim. Zmarł 28 listopada 1851 roku. Trzy lata wcześniej doznał ciężkiego udaru mózgu. Stwierdzono u niego – co nie powinno dziwić – objawy poważnego przewodnienia organizmu. Uroczystości pogrzebowe celebrowało 40 księży. Obecne były oficjalne delegacje z wielu krajów, a na aksamitnej poduszce niesiono najwyższe austriackie odznaczenie – wielki złoty medal nadany przez cesarza Ferdynanda. Pomniki Vincenza Priessnitza stanęły w Wiedniu, Stuttgarcie i jego rodzinnej miejscowości, a w Poznaniu ufundowano pamiątkową tablicę.

Słone morze
Jeśli spojrzeć na stare górnośląskie nazwy miejscowe, to łatwo zauważyć, jak wiele było miejsc, w których parano się przyrodolecznictwem, lecz dziś już o tym prawie zapomniano. Miejsca te wydają się absurdalne, gdy weźmie się pod uwagę późniejszą działalność przemysłową, która nie tylko nie zmierzała do leczenia kogokolwiek, lecz wręcz przeciwnie. Ale i ten etap szczęśliwie mamy już za sobą. Może zatem jest okazja, by Górny Śląsk ponownie zaczął kojarzyć się ze „zdrojami” i zdrowiem, a nie przemysłowymi wyziewami i astmą? Istnieją wielkie po temu możliwości. A pojawiły się one dość niespodziewanie, i to właśnie dzięki wodzie. Szczególnej aqua vitae, jaką jest solanka. Na solance i borowinie stoi uzdrowisko w Goczałkowicach. Kiedyś także w Jastrzębiu. Możliwości są znacznie większe. Jakieś 500 metrów pod powierzchnią górnośląskiej ziemi jest tafla ogromnego morza, którego wód nic nie skaziło od milionów lat. Które są najlepszą ze znanych na świecie solanek jodowo-bromowych. To morze spokojnie sobie „szumi” pod południowo-wschodnią częścią Górnego Śląska i właściwie nikt dokładnie nie wie, jakie jest wielkie. Wiadomo tylko, że bardzo wielkie! Solanka płynie z kilku odwiertów. Mogłoby być ich więcej. Pod koniec XIX wieku, na polecenie cesarskie z Wiednia, rozpoczęto poszukiwania złóż węgla kamiennego w tzw. żabim kraju. Węgiel znaleziono, ale wykryto też metan w ilości uniemożliwiającej wydobycie węgla. A przy metanie solankę, z którą nie było wiadomo co robić. Tak było w Zabłociu. Zatem otwory wiertnicze zamknięto i otwarto je dopiero całkiem niedawno. Dzięki temu w parku w Strumieniu, tuż obok zabytkowego rynku, tryska solankowa fontanna, a wokół niej ludzie spacerują i siedzą na ławeczkach, jak na słynnym deptaku w Ciechocinku. Fontanna była też w niezbyt odległym Dębowcu. I to jaka! „Dziennik Cieszyński” donosił 17 października 1908 roku: „Wczoraj popołudniu nastąpił wielki wybuch i eksplozya w wiercącym się szybie w Dębowcu. Niedawno poczęto tam szukać węgla”. Cztery dni później pisano w „Gwiazdce Cieszyńskiej”: „Dębowiec, z niemiecka Baumgarten, stał się nagle głośną gminą nie tylko u nas na Śląsku, ale i po dalekim świecie, a to dzięki wybuchowi gazów, wydobywających się z niesłychaną siłą (…). Huk gazów rozlegający się jakich 12 kilometrów w promieniu, ściąga ze wszystkich stron Śląska chmary ciekawych ze sfer mieszczańskich również jak i wiejskich obywateli”. A w „Dzienniku Cieszyńskim” dzień wcześniej zamieszczono wrażenia uczestnika takiej wycieczki: „Wulkan śląski wciąż dymi! (…) Na gościńcu ruch niezwykle ożywiony. Po drodze przewijają się piesi, przemykają jeźdźcy na koniach, jadą fiakry za fiakrami. Automobil podobno tylko odmawia posłuszeństwa. (…) Kto tylko może wyrwać się z miasta, spieszy na parę godzin, by przypatrzyć się niezwykłemu wybrykowi natury”. Faktycznie, był to niezwykły „wybryk natury”. 15 października 1908 roku, około godziny 17.00, w otworze wiertniczym najpierw pojawił się osobliwy szum, a potem huk rozprężającego się gazu, który z siłą około 120 atmosfer rozrzucił urządzenia wiertnicze na odległość 500 metrów. „Zgrozą przejęci skakali przechodzący do wielkiego stawu obok leżącego (…), bo rury żelazne niby jaskółki w powietrzu latające tuż przed nimi z rykiem w ziemię się zarzynały”. – to znów doniesienie „Gwiazdki Cieszyńskiej”. Do tego doszła kolejna informacja: „Gazy nieustannie i z łoskotem (…) wydobywają się i wyrzucają kawałki lodu, objętości pięści. W oddaleniu kilku metrów nie sposób jest wystać, gdyż bębenki uszne grożą pęknięciem (…)”. Okazało się, że owe bryły lodu były słone. Wypływ gazu powstrzymano pod koniec 1908 roku, ale w lutym 1909 roku nastąpił kolejny wybuch, tym razem połączony z pożarem. Płomień z otworu bił na osiem metrów w górę. Po pięciu dniach ugasili go sprowadzeni z Wiednia fachowcy. I na wiele lat historia dębowieckich odwiertów się skończyła.

Jak w Ciechocinku
Przypomniano sobie o nich w 1946 roku, a jak już sobie przypomniano, to uruchomiono kopalnię. Nie węgla, jak planowaną pół wieku wcześniej, lecz gazu. Okazało się jednak, że z jednego odwiertu płynie więcej solanki niż gazu i że jest znakomitej jakości. Zaczęto więc ją wydobywać, a potem przetwarzać na sól i jod – bo jodu miała więcej niż jakakolwiek inna na świecie. Jeden z pracowników warzelni soli i wytwórni jodu wspominał, że do zakładu przyjeżdżali rodzice z dziećmi, żeby je inhalować. Kierownictwo zakładu pozwalało na to bez problemów. Bo przecież solanka to najlepsze lekarstwo na drogi oddechowe. Szczególnie taka solanka! Dziś nadal się ją wydobywa, mimo załamania produkcji po 1990 roku. Nowy-stary zakład wysyła swoje produkty do odbiorców bliskich, dalszych i bardzo dalekich – zagranicznych. A może ich dostarczać jeszcze więcej. Tymczasem w samym Dębowcu stoi tężnia, jak w Ciechocinku, tylko mniejsza. Wcześniej była fontanna solankowa. Ludzie przyjeżdżają po zdrowy oddech. Podobną tężnię wybudowały władze Radlina. Może już wkrótce tężnie staną i w innych śląskich miejscowościach? Oj, przydałoby się. Bo co jak co, ale dobry oddech na Górnym Śląsku do niedawna był nieosiągalnym luksusem. A może jodowo-bromowa solanka stanie się handlowym przebojem i śląskim „znakiem firmowym”? Zamiast węgla. Zaś Górny Śląsk stanie się krainą, do której będzie się przyjeżdżać po zdrowie. A wszystkiemu będzie patronował Vincenz Priessnitz… Ale by tyż to było piyknie!
Jerzy Ciurlok
– dziennikarz, satyryk, pisarz
 
 
 
Jak Kanada

Zbigniew Kadłubek

 Leśne zmieniało się na Górnym Śląsku w agrarne, agrarne zmieniało się w industrialne. Ale to nie ma najmniejszego znaczenia, gdyż i tak wszystko istnieje w dalszych przemianach. I nic się nie kończy.

Nie ma znaczenia sczernienie śląskiej zieloności, bo górnośląska źródłowość i zdrojowość ma ustawicznie świeżo zielony kolor paproci. Jest to może paproć paleozoiczna. Jej kolor pozostaje ukryty pod ziemią i jest teraz węglem albo gazem, a więc go nie widać. Zresztą niczego, co górnośląskie, nie widać. Górnośląskie raczej majaczy, niźli jest widoczne i w tym tkwi niepokonana siła śląskości. Zresztą wcale nie jest oczywiste, że jeśli coś widzimy, to to naprawdę istnieje. „Physis (tj. Natura) lubi się ukrywać”, mówił Heraklit z Efezu. To ten sam grecki filozof przyrody, który znany jest z powiedzenia panta rhei („wszystko płynie” – albo „wszystko stale zmienia się w coś innego”). Napisał jedno dzieło bez tytułu zachowane w ułomkach, które przez potomnych zostało zatytułowane Perì phýseōs – O naturze. O naturze jako dynamicznej energii wzrostu i życia całego świata i wszystkich organizmów, a także wszelkich relacji i reakcji zachodzących w świecie widzialnym i niewidzialnym. Heraklitejską Physis piszę z dużej litery z wielkiego szacunku dla wszelkiej bujnej dzikości oraz anarchicznego bytu. Physis jako greckie słowo opisuje proces stawania się nieprzerwanego i nie mówi tylko o tym, co po prostu widzimy. Physis nie oddaje jedynie tej natury, tej przyrody w sposób, jaki zwykliśmy ją sobie wyobrażać: że tu oto stoi las, że łąka rozciąga się barwnie, że płynie kręto rzeka, rośnie dąb. Otóż nie! Physis opisuje niezliczone, wiekuiste procesy przemian powstawania życia, rodzenia się nieustannego świata, zanikania, umierania, rozkładu, ginięcia i powstawania, metamorfoz biologicznych. Physis jest niebem i ziemią w niewyobrażalnym wprost ruchu, trawą rosnącą, ptakiem lecącym, człowiekiem oddychającym, rybą w toni, to znaczy szczupakiem połykającym płoć. Physis sama jako taka jest zdrojem. Physis można uznać za lukę albo szczelinę, przez którą przedostaje się życiodajne. Physis referuje byt w przepływaniu, rozedrganiu i pragnieniu nieprzezwyciężonym życia. Physis portretuje ożywiającą świat potęgę, która przyprawia o zawrót głowy. Physis wreszcie oddaje górnośląską zieloność – i tę ukrytą pod ziemią z czasów paleozoicznych, i tę zieloność lasu szymocickiego, po którym chodzę jak we śnie, bo tak jest piękny i tyle mówi mi o mnie. Utwierdza mnie w tym zresztą Ernst Jünger w książeczce Der Waldgang, gdzie pisze: „Wir sahen die große Erfahrung des Waldes in der Begenung mit dem eigenen Ich. W wielkim doświadczeniu lasu upatrywaliśmy spotkania z własnym ja”. Physis zatem obrazuje las w Suminie i mnie w lesie, las w Górkach Śląskich, Nędzy, Rudach, a nawet tutaj, w Grabowni z pejzażem kominowym. A także las, który już widać zaraz za Rybnikiem, przezierający las zza hałdy i szybu w Rydułtowach. Las potężniejszy od hałd, kominów, śmieci, śmierci, autostrad, betonu, asfaltu, parkingu, rybnickiego smogu. Las, który wchłonął odwieczność. A odwieczne jest zdrowe, potężne i atletyczne. Physis to coś, co zachęca do życia, gdyż źródłowo jest życiodajne. Zachęca do wegetacji, wędrówki, pasji i żarliwości, gdyż jest zdrojem: stanowi argument za polubieniem wzrastania.

Physis rozpyla kolor zielony, czerwony i złoty. Physis decyduje o sensie Górnego Śląska wyrażonego metaforą Kanady. Posługujący się pseudonimem „Podróżującego Anglika” autor opisał pod koniec XVIII wieku Górny Śląsk (czyli gdzieś od Krapkowic na wschód) jako Kanadę. To znaczy kraj dziki, niecywilizowany, ciemnogród, prowincję zacofaną, zamieszkaną przez Tatarów i wszelkiego rodzaju nomadów, ziemię jak najdalszą od postępowej, przemysłowej, higienicznej, maszynowej Anglii. I chociaż miał to być w zamierzeniu autora paszkwil, którym zresztą wyznaczył trajektorię toposów postrzegania Górnego Śląska na co najmniej dwieście lat, wyszła przedziwna pochwała górnośląskiej Physis. Na Górnym Śląsku – według „Podróżującego Anglika” – życie toczy się, nawet wśród ludzi, jak gdyby na poziomie zwierzęcym (das animalische Leben). Ten tekst pokazuje, że z bujnością górnośląską żaden przybysz źle do niej nastawiony raczej sobie nie poradzi. Że Górny Śląsk w swej nieubłaganej hotentockiej dziewiczości i nieokrzesaności obcego wyrzuci i nie dopuści do żadnej ze swych tajemnic źródła. „Podróżujący Anglik” potwierdził też jeszcze jedną istotną sprawę: że głównym bohaterem śląskiej narracji jest przyroda. Że czci się tu wszystko, co żyje, że dominującą wiarą jest panteizm oraz ciągłe potwierdzanie solarnej konfesji. Dwóch autorów, już w czasach późniejszych, to znaczy po XVIII wieku, uwieczniło kanadyjskość Górnego Śląska i zbliżyło się do górnośląskiej Physis na odległość pulsu krwi: Joseph von Eichendorff i Szczepan Twardoch. Eichendorff wciąż pisze o lasach raciborsko-rybnickich i daje się górnośląskiej Physis zaczarować. Z drżeniem dotyka jej omszałego Łona. Śpiewa Eichendorff: „Einst blüht’ von Gottes Odem / Die Welt so wunderreich. Cudnie zakwitł kiedyś świat/ Z Bożego tchnienia”. Ten śląski świat wydostał się z Bożej piersi i z Łona pulsującej macicy Physis. Taka lekcja Eichendorffa przekonuje. A Szczepan Twardoch w Drachu mówi: „Strōm a człek, a kamiyń sōm jedno. Der Baum und der Mensch sind ein und dasselbe. Pōnbōczek je słōńce, a słōńce je Pōnbōczkiym”. Tu ludzko-przyrodnicze przymierze staje się czymś jeszcze poważniejszym i od razu boskim. I jest odwróceniem się pogardliwym od politycznego świata. Physis nie da się upaństwowić. U Twardocha Physis jest Drachem, podziemnym duchem wzrostu i niepokonanej woli przetrwania. Drach i Physis są koloru groszkowego. Groszkowy kolor Górnego Śląska jest jego własnością wyższego rzędu. Groszkowy albo malachitowy, albo szmaragdowy, wszystko jedno jaki: zawsze drachowy, zdrojowy Górny Śląsk





 
 
 
 
« powrót